Siła w chorobie

Iza Łasak w ostatnich latach zmagała się z nowotworem. Łaska Boża i pomoc ze strony innych ludzi dawała jej siłę w walce.

Iza zupełnie nie spodziewała się takiej diagnozy. Nagle szpital stał się niemal jej drugim domem. – Radioterapia, rehabilitacja, różne badania – w pewnym okresie jeździłam tam niemal codziennie. Jednocześnie nadal pracowałam i zamknęłam roczne sprawozdanie księgowe w marcu. I to wszystko się udało – wspomina.

Po wstrząsie, jakim była wiadomość o nowotworze, uspokoił ją fakt, że nie ma przerzutów, choć był to III stopień, oraz pomoc, którą od razu zaoferowali bliscy i znajomi. – Doświadczyłam, że Pan Bóg działa przez ludzi. Udało się zorganizować tomograf w dwa dni, w czasie chemii znajome rodziny przywoziły dla mojej rodziny jedzenie, ktoś coś podpowiedział. Dobroć Boża w ten sposób wylewała się ze wszystkich stron – mówi. Relacje z innymi chorymi nawiązywała też w szpitalu. – Choroba bardzo zbliża i skraca dystans – podkreśla.

Relacje z innymi chorymi nawiązywała też w szpitalu. – Choroba bardzo zbliża i skraca dystans

Początkowym wyzwaniem było przekazanie rodzinie informacji o chorobie i o tym, co się z tym wiąże. Jedna z koleżanek, znająca się na pedagogice i psychologii, poradziła jej, by nie mówiła wszystkim pięciorgu dzieciom naraz, ale każdemu osobno – stosownie do wieku. Najstarszy nastolatek usłyszał pełną prawdę. – Nie chciałam mówić „Na pewno będzie dobrze”, bo to nie jest prawda. Będzie dobrze w tym sensie, że Pan Bóg zaopiekuje się tą sytuacją, ale nie wiedziałam, czy przeżyję – wspomina Iza. Z kolei jej kilkuletnia córka dowiedziała się, że mama jest chora i wypadną jej włosy. Z pozostałymi również porozmawiała stosownie do tego, co są w stanie zrozumieć.

Starałam się być pogodna i nie tworzyć w domu takich sytuacji, które wzbudzają lęk

– Nawet nie stresowało mnie to, że mogę umrzeć, ale że dzieci są małe – wyznaje. Opierała się wówczas na ufności, że cokolwiek by się stało, Pan Bóg zadziała; co nie znaczy, że znikną ból i trudności. – Starałam się być pogodna i nie tworzyć w domu takich sytuacji, które wzbudzają lęk – mówi Iza. Niektóre dni przeleżała z powodu złego samopoczucia, odpoczywając, szydełkując, słuchając czegoś. Jednak zawsze przebierała się z piżamy w ubrania dzienne i leżała na kanapie w ogólnodostępnym pokoju, by nie odcinać się od rodziny. Ponadto w ciągu całej choroby nie przerwała pracy zawodowej. Pół roku pracowała wyłącznie zdalnie, z domu.

Lżejszy krzyż
Psychicznie najtrudniejszy jest okres między diagnozą a rozpoczęciem leczenia – podkreśla Iza. Jak już się wchodzi w proces leczenia, to odzyskuje się poczucie większej sprawczości. Natomiast diagnozie towarzyszy niepewność. – Właśnie w tym trudnym okresie pojechałam z młodszymi dziećmi do kina do jednej z eleganckich galerii handlowych. Tak mnie wtedy denerwował ten blichtr. „Stoję nad grobem, a tu jakieś złocenia, świecidełka”. Szybko po filmie wyszliśmy i pojechaliśmy do kameralnej cukierni – wspomina.
Iza nigdy nie straciła ufności Bogu. W trudnych momentach, gdy trudno było na czymkolwiek się skupić, powtarzała wytrwale krótkie modlitwy. Po diagnozie w duchu modliła się „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”. Po operacji, gdy okazało się, że czeka ją jeszcze rok leczenia, powtarzała nieustannie: „Panie, Ty jesteś dobry, Ty jesteś dobry”. Jednocześnie Iza zaznacza, że modlitwy i wiara nie eliminują reakcji ciała – lęków i silnych emocji. – Ojciec Krzysztof Pałys mówił, że „odwaga to omodlony lęk”. Jak zaufasz, to nie znaczy, że strach znika – wskazuje.

gdy trudno było na czymkolwiek się skupić, powtarzała wytrwale krótkie modlitwy

W tej trudnej sytuacji Izę trzymała praktyka codziennej Mszy św., której nie zaniechała nawet w czasie chemii. „Ścięta” czuła się nawet nie po samym wlewie, ale kilka dni później, gdy dostawała zastrzyk na zwiększenie liczby białych krwinek. – Wolałam wstać rano i pójść na Mszę św., nawet jeśli ledwo widziałam księdza, a potem cały dzień „kanapowałam”. Otrzymała też trzykrotnie namaszczenie chorych. Kapłani doradzili jej przed chemią przyjęcie tego sakramentu, potem przed operacją i 11 lutego w parafii – w dzień chorych. Sakramenty były niewątpliwie źródłem siły. Ponadto bardzo wiele ludzi modliło się za Izę, ofiarowano Msze św., jej rodzice składali za nią intencje w Gidlach.
Izie przypominało się zdanie, które przeczytała w książce „Kuźnia” św. Josemarii Escrivy: „Teraz, kiedy krzyż jest poważny, ciężki, Jezus zaradza wszystkiemu w taki sposób, że napełnia nas pokojem: staje się naszym Cyrenejczykiem, aby to brzemię okazało się lekkie. Powiedz Mu więc z ufnością: Panie, a cóż to za krzyż? Krzyż bez krzyża! Teraz już wiem, że muszę zawierzyć się Tobie. Dlatego od tej pory, z Twoją pomocą, takie będą wszystkie moje krzyże”. – To jest klucz – mówi. Kiedy się przyjmuje, akceptuje sytuację, to krzyż staje się lżejszy niż ten, który się odrzuca.

Kiedy się przyjmuje, akceptuje sytuację, to krzyż staje się lżejszy niż ten, który się odrzuca

Iza nie oczekuje w tej chwili odpowiedzi, czemu to wszystko służyło, ale na pewno było po coś. – Tego może dowiemy się dopiero po drugiej stronie – zastanawia się. Podkreśla, że – poza zadośćuczynieniem Pan Bogu – ma sporo trudnych intencji. Bolesne chwile leczenia ofiarowała Bogu właśnie w różnych intencjach. Jej historia pokazuje, że czas walki z chorobą to także czas wewnętrznych zmagań. Siłę do walki daje wtedy pomoc innych ludzi i zaufanie Panu Bogu.

Artykuł – w rozszerzonej wersji – ukazał się w tygodniku Idziemy nr 06/2026.

    Barbara Stefańska