Pierwsza podróż bł. Álvaro del Portillo do Polski – dziennik Javiera Cotelo

W sobotę zmarł Javier Cotelo – autor wspomnień z pierwszego przyjazdu do Polski, wówczas stojącego na czele Opus Dei bł Alvaro. Zapiski sporządzane w trakcie i tuż po wizycie oddają klimat tamtych czasów i są osobistą refleksją autora.

Ojciec [ks. Alvaro del Portillo] zasugerował mi, abym nie brał sprzętu fotograficznego, aby nie przyciągać uwagi. Zdjęcia miałem robić mniejszym aparatem, który nazywaliśmy „aparatem dla głupków”.

3 września 1979 [poniedziałek]*

Historyczny dzień: Ojciec przybędzie po raz pierwszy do Polski.

Wyjechaliśmy z Solingen o 9:50 w towarzystwie ks. Juana Luisa oraz Horsa, którzy zawieźli nas na lotnisko w Kolonii. Tam czekali na nas Ruttard i Hans. Stewardzi na lotnisku przyjęli nas bardzo dobrze, poczęstowano nas kawą i odprowadzono pod same drzwi samolotu. Lot Lufthansy wystartował wyjątkowo punktualnie o 11:05 i wylądował 25 minut później we Frankfurcie [nad Menem]. Czekali tam na nas inni pracownicy linii lotniczych, którzy podali nam poczęstunek w poczekalni. Poinformowali nas, że nasz samolot polskich linii LOT ma godzinne opóźnienie. Księża wykorzystali czas oczekiwania na odmówienie brewiarza.

Weszliśmy do samolotu jako pierwsi. Wybraliśmy siedzenia z przodu. Pozostali podróżni mieli ze sobą bagaż podręczny oraz wiele torb i koszy. Wszystko wydało mi się prowincjonalne, ciasne i zaniedbane. Podczas lotu odmówiliśmy dwie części różańca, a Ojciec modlił się za obie części Niemiec i za Polskę. Podano nam posiłek. Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Warszawie, czekaliśmy 20 minut wewnątrz samolotu w sporym upale. Wyszliśmy jako ostatni i ustawiliśmy się w kolejce do kontroli paszportowej. Przejście przez odprawę celną zajęło nam sporo czasu. Ojciec był bardzo szczęśliwy, że może ofiarować te drobne niedogodności w intencji owoców tej maryjnej pielgrzymki.

Taksówka zawiozła nas do hotelu Victoria. Ulice, którymi jechaliśmy, sprawiały wrażenie miasta bez domów. Formalności administracyjne w recepcji hotelowej były bardzo skrupulatne i długotrwałe. W końcu przydzielono nam pokoje 704, 712, 726 oraz pokój Ojca – 728. Wyszliśmy na ulicę, aby poszukać kościoła, w którym jutro księża mogliby odprawić Mszę Świętą. Znaleźliśmy dwa bardzo blisko: kościół sióstr zakonnych [Wizytek] oraz kościół Świętego Krzyża. W tym drugim, który był większy, pozostaliśmy na modlitwie w bocznej kaplicy poświęconej Matce Bożej Częstochowskiej. Modliło się tam wielu ludzi. Panowała tam bardzo dobra atmosfera.

Kiedy wyszliśmy z hotelu, zapadł już zmrok. Na ulicach było mało samochodów i niewielu pieszych. Niektórzy dawali wyraz swojej wierze wymownymi gestami: klęczeli lub stali w skupieniu przed kościołem; wszędzie można było zobaczyć osoby w habitach lub sutannach. Przed konfesjonałami stały kolejki wiernych. 

Kiedy weszliśmy do niewielkiego kościoła sióstr zakonnych, nikogo nie było. Otworzyliśmy drzwi, myśląc, że to zakrystia. Prowadziły one na schody na górne piętro. Słychać było, że ktoś coś mówi. Weszliśmy na górę. Była tam sala pełna ludzi, którzy słuchali słów kierowanych do nich przez zakonnicę. Wyglądało to na wieczorną katechezę dla robotników po godzinach ich pracy.

Dało się widzieć również ubóstwo kraju: ubiór ludzi, puste witryny sklepowe lub wypełnione zwyczajnymi przedmiotami o niewielkiej wartości. Ojciec poprosił nas, abyśmy po powrocie do Rzymu nie komentowali tego niedostatku, który rzucał się tu nam w oczy. Innym odczuciem, które towarzyszyło nam od samego początku, było wrażenie, że jesteśmy kontrolowani lub śledzeni. Zupełnie nas to nie niepokoiło, ponieważ nie mieliśmy nic do ukrycia. Po kolacji w hotelu wybraliśmy się na długi spacer w poszukiwaniu rezydencji kardynała [Prymasa], ale jej nie znaleźliśmy.

4 września 1979 [wtorek]

O godzinie 8:00 Ojciec odprawił Mszę Świętą w kościele Świętego Krzyża, przy asyście ks. Javiera i ks. Joaquína. Było bardzo duszno. W liturgii uczestniczyło wielu wiernych. Zrobiłem trzy zdjęcia. Następnie, w kościele Wizytek, Msze odprawili ks. Javier i ks. Joaquín. Porozmawiali z przełożoną, która mówiła po hiszpańsku i znała trochę Dzieło.

Wynajęliśmy mały samochód, Fiata 125 polskiej produkcji, w kolorze cytrynowożółtym, ponieważ nie było innych kolorów... Pomyślałem: „Może w ten sposób łatwiej kontrolują nasze ruchy”. O 10:40 wyjechaliśmy do Częstochowy bardzo dobrą drogą. Wyglądała jak autostrada [tzw. Gierkówka], ale nią nie była: krzyżowały się z nią inne drogi, z których wyjeżdżały wozy konne i rowery; od czasu do czasu na pasie rozdzielającym stali obwoźni sprzedawcy ze swoim towarem. Choć ruch był niewielki, nie można było jechać szybko ze względu na ograniczenia prędkości oraz ryzyko napotkania jakiejś przeszkody.

Wyjeżdżając z Warszawy, mieliśmy ładną pogodę, ale o 13:00, kiedy dotarliśmy do Częstochowy, już padało.

Zjedliśmy obiad w hotelu Plaza [prawdopodobnie chodzi o hotel Patria], gdzie wydarzyła się następująca historia: kelnerka, która nas obsługiwała, zaproponowała jakąś potrawę nam nieznaną, więc Ojciec – aby nie zjeść czegoś, co mogłoby nam zaszkodzić – poprosił o jajko sadzone z frytkami. Kobieta, nieco oburzona tą prośbą, powiedziała, że takie rzeczy to w Polsce luksus i że nie mają oleju do smażenia... Zjedliśmy to, co nam podano, i poszliśmy pieszo do Sanktuarium. Szereg barier budowlanych, gdzie żadnych prac nie prowadzono, uniemożliwiał pielgrzymom bezpośrednie wejście do Sanktuarium, zmuszając do sporego nadrabiania drogi.

Po dotarciu do Sanktuarium poruszył nas widok tak wielu modlących się ludzi. Pomodliliśmy się, a Ojciec ponowił akt poświęcenia Dzieła Matce Bożej. Odmówiliśmy Preces i odbyliśmy tradycyjną pielgrzymkę maryjną, dokańczając różaniec w drodze. Mimo deszczu zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogliśmy zobaczyć obrazu Matki Bożej, ponieważ o tej porze był zasłonięty.

Kiedy o 14:45 ruszyliśmy w dalszą drogę do Krakowa, nie działały wycieraczki, więc krążyliśmy długo po mieście, szukając kogoś, kto mógłby je naprawić. Po stracie dużej ilości czasu wyjechaliśmy stamtąd w ulewnym deszczu, przez który nic nie widziałem, aż trafiliśmy na motel z warsztatem, gdzie naprawili usterkę. Zapłaciliśmy i dzięki rachunkowi mogliśmy odzyskać tę kwotę przy zwrocie samochodu. Byłem w złym humorze z powodu tych wszystkich przeciwności, podczas gdy Ojciec z uśmiechem jak zawsze ofiarowywał te trudności. Diabeł był wściekły, bo modliliśmy się do Matki Bożej. Kontynuowaliśmy, momentami przy ulewnym deszczu, aż dotarliśmy do Krakowa.

Z powodu pomyłki hotel Cracovia nie dysponował miejscami, które rezerwowaliśmy. Poszliśmy na kolację do Holiday Inn i tam znalazły się pokoje dla Ojca oraz ks. Javiera. Ks. Joaquín i ja zostaliśmy w hotelu Cracovia. Dzięki temu wszyscy mieliśmy pokoje jednoosobowe. Byliśmy bardzo zmęczeni i musieliśmy się dobrze wyspać.

W Holiday Inn przebywał zespół rosyjskiego baletu. Jedli i nieustannie wznosili toasty, wygłaszając przemowy, klaskając i śpiewając na cały głos. Nasza kolacja była skromna i szybko opuściliśmy restaurację.

5 września 1979 [środa]

Udało się załatwić dwa dodatkowe pokoje w Holiday Inn. Pożegnaliśmy się z hotelem Cracovia Orbis i wszyscy czterej udaliśmy się do kościoła św. Anny, gdzie miały zostać odprawione Msze. Pytając o drogę na ulicy, dwóch młodych księży odprowadziło nas pod sam kościół, gdzie również się pomodliliśmy. Następnie spacerowaliśmy po Stary Mieście, kupiliśmy kartki pocztowe w Sukiennicach na Rynku Głównym i zwiedziliśmy kilka kościołów. Wszystko wydało nam się przepiękne, choć nieco zaniedbane. Na ulicach widać było zakonników, zakonnice oraz księży w sutannach, którzy pozdrawiali nas z serdecznością. Weszliśmy także do Katedry; przy grobie św. Stanisława modliliśmy się za Polskę, za Papieża, a także za jego sekretarza, ks. Stanisława [Dziwisza]. Obejrzeliśmy też, z zewnątrz Pałac Biskupi.

Po obiedzie w restauracji hotelu Holiday Inn odbyła się długa sesja wypisywania pocztówek. Udaliśmy się do kościoła Trójcy Świętej, gdzie modliliśmy się. W kościele Mariackim (Wniebowzięcia NMP) na Rynku Głównym odmówiliśmy Różaniec Święty. W obu kościołach widzieliśmy wielu modlących się ludzi. Wróciliśmy do hotelu na kolację.

6 września 1979 [czwartek]

Msze Święte odprawiono, podobnie jak wczoraj, w kościele św. Anny. Nasz pobyt w Krakowie uległ skróceniu. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną tą samą trasą, którą przyjechaliśmy.

Zjedliśmy obiad w Częstochowie i naklejaliśmy znaczki na koperty, aby wrzucić je na poczcie. Następnie poszliśmy pieszo do Sanktuarium, tam modlitwa i odmówiliśmy Preces i antyfonę Salve Regina. Było wielu ludzi. Dzień był przepiękny i mogłem zrobić dużo zdjęć.

O 18:15 dotarliśmy do Warszawy. W hotelu Victoria nie mieli dla nas jednoosobowych pokoi, więc szukano ich w innych hotelach, aż o 20:00 udało się je znaleźć w hotelu Forum. Był to szklany wieżowiec wychodzący na duży plac [Plac Defilad]. Na środku placu wznosił się monumentalny budynek – Pałac Kultury i Nauki – w tym samym komunistycznym stylu co w Moskwie. Zjedliśmy kolację w Victorii i niezwykle zmęczeni udaliśmy się na nocleg do nowego hotelu, który był pełen turystów.

7 września [piątek]

Przenieśliśmy się do Hotelu Victoria, gdzie mieliśmy już zarezerwowane pokoje i warunki były lepsze niż w wieżowcu dla turystów. Ponownie Msza Święta przy ołtarzu Matki Bożej w kościele Świętego Krzyża.

Udaliśmy się na Stare Miasto, gdzie znajdował się Pałac Biskupi, z nadzieją na przywitanie się z kardynałem Wyszyńskim. Na nasze spotkanie wyszedł jego sekretarz, który mówił po hiszpańsku. Poinformował, że kardynał właśnie wyjeżdża do swojej drugiej diecezji [gnieźnieńskiej] na spotkanie robocze. Jeśli nas przyjmie, będzie to kwestia zaledwie kilku minut – i tak też się stało. Sekretarz wyszedł na chwilę i wrócił, prowadząc nas do gabinetu kardynała. Na ścianie wisiały dwa duże zdjęcia placu przed Sanktuarium w Częstochowie, pełnego wiernych przed pustym fotelem. Miało to miejsce w latach, kiedy kardynał był więziony [ikoniczne zdjęcie ze Ślubów Jasnogórskich z pustym fotelem Prymasa].

Zaraz potem wszedł kardynał, który przeprosił, że przyjmuje Ojca tak krótko: naprawdę nie miał czasu. Zapytał chłodno o cel naszej podróży i pochwalił fakt, że księża noszą sutanny. Dodał, że po raz pierwszy przyjmuje włoskich księży ubranych w ten sposób. Ojciec odpowiedział z właściwą sobie serdecznością, że są Hiszpanami mieszkającymi w Rzymie i przybyli wyłącznie z pragnieniem pomodlenia się do Matki Bożej oraz złożenia Opus Dei u Jej stóp, odnawiając poświęcenie Dzieła Jej Niepokalanemu Sercu. Nie chciał zabierać kardynałowi ani minuty więcej: wystarczało mu poinformowanie go o swojej wizycie.

Wyraz twarzy kardynała uległ zmianie; ciepłym gestem, jakby ich obejmując, położył dłonie na ramionach Ojca i ks. Javiera. Bardzo się ucieszył z poznania ich i z tego, że słyszy o modlitwie i poświęceniu. Powiedział, że od października – w rocznicę wyboru – zamierza poprosić Polaków, aby każdego 16. dnia miesiąca modlili się szczególnie za papieża Jana Pawła II. Ojciec odpowiedział, że całe Opus Dei przyłączy się do tej prośby każdego 16. dnia miesiąca. Ponadto wyraził podziw dla dowodów miłości i podporządkowania Ojcu Świętemu, które spotykały się z wzajemnością ze strony Biskupa Rzymu. Poprosił kardynała o błogosławieństwo. Kardynał wręczył nam pamiątkowy medalion z okazji wyboru papieża, a my na kolanach przyjęliśmy jego błogosławieństwo dla nas i dla całego Dzieła. Pożegnał się, obejmując i całując kapłanów, a mnie uściskał. Wtedy ks. Joaquín zapytał, czy pozwoli na zrobienie zdjęcia. Goście ustawili się obok kardynała i zrobiłem im dwa zdjęcia. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę z sekretarzem i wyszliśmy niezwykle szczęśliwi, z poczuciem, że widzieliśmy świętego i doprowadziliśmy do końca wszystko, co zaplanowaliśmy na tę podróż.

Podjęliśmy działania, aby móc jutro odlecieć. Msze miały być odprawiane w Seminarium, gdzie księża poznali ojca duchownego, który wydał im się bardzo sympatycznym kapłanem. Rozmawiali o Dziele oraz o „filarach” podtrzymujących Seminarium.

8 września 1979 [sobota]

Ostatnie godziny w Polsce. Ojciec odprawił Mszę Świętą o 7:00 w kościele seminaryjnym. Następnie przy tym samym bocznym ołtarzu, poświęconym świętej męczennicy [św. Wiktorii?], Msze odprawili ks. Javier i ks. Joaquín. Zjedliśmy śniadanie w hotelu. Wyszliśmy poszukać jakiegoś prezentu, ale wszystko było zamknięte i brakowało ładnych rzeczy. Spacerowaliśmy po Starym Mieście o wąskich uliczkach, dochodząc do bardzo urokliwego rynku. Dotarliśmy nad Wisłę, gdzie razem przeczytaliśmy fragment Ewangelii. Załatwiono sprawy związane z lotem między Frankfurtem a Düsseldorfem, ponieważ nie wiedzieliśmy, czy ktoś będzie na nas czekał z samochodami. Wróciliśmy do hotelu Victoria, aby się pożegnać i taksówka zawiozła nas na lotnisko.

Lot Lufthansą przebiegł pomyślnie. Samolot wystartował niemal punktualnie i dotarliśmy do Frankfurtu w godzinę i dwadzieścia pięć minut. Niespodzianką było to, że jednak na nas czekano. Autostradami, z dużą prędkością, dotarliśmy do Solingen. Pogoda była dobra, ale trochę padało i okazało się, że mamy zepsute wycieraczki. Chodziło o bezpiecznik, który wymieniłem po dotarciu do domu.

*w [] uwagi tłumacza

Javier Cotelo w Wikipedii

Mater Ecclesiae na Placu św. Piotra