Nazaretański warsztat: jedność życia

Podajemy rozdział z książki Sotta Hahna "Zwyczajne dzieło, nadzwyczajna łaska" o nabożeństwie do św. Józefa w Opus Dei.

Opus Dei - Nazaretański warsztat: jedność życia
Spokój. – Opanowanie. – Intensywne życie wewnętrzne. Bez pośpiechu, bez szaleńczego pędu do ciągłych zmian, pozostań na stanowisku wyznaczonym ci w życiu i bądź jak potężny generator elektryczności duchowej. Jak wielu obdarzysz światłem i energią, nie tracąc swojej siły i swego światła. (Droga, 837)

Członkowie Opus Dei, za przykładem założyciela, szczególną czcią darzą św. Józefa. Każdego ranka, rozpoczynając umysłową modlitwę, św. Josemaría prosił o pomoc przybranego ojca Jezusa, nazywając go „swym ojcem i panem”. Co roku, w dniu święta św. Józefa, 19 marca, wierni prałatury, którzy dokonali już „ofiarowania”, odnawiają swoje powołanie.

Kult św. Józefa to zdumiewające zjawisko, wielokrotnie powtarzające się w historii. Ten wielki patriarcha nie zostawił po sobie ani jednego słowa w Piśmie Świętym. Przesuwa się w milczeniu po kartach dwóch Ewangelii, zawsze otwarty na wskazówki aniołów, zawsze zatroskany o bezpieczeństwo swojej żony i Dziecięcia. W pozostałych Ewangeliach wzmianki o nim są jeszcze bardziej zdawkowe: czytamy jedynie, że Jezusa nazywano „synem cieśli”.

Święty Józef był bez wątpienia mężczyzną silnym i małomównym. Musiał być doprawdy niezwykle silny – w wierze, w ciele i w ojcowskiej cnocie – by przeprowadzić swą rodzinę bezpiecznie do Egiptu, a później na powrót do Nazaretu, podczas gdy wszystkie moce piekieł i króla Heroda sprzysięgły się przeciwko niej.

Gdybyśmy od św. Josemaríi mieli nauczyć się tylko czci wobec św. Józefa, to i tak nauczymy się bardzo wiele. W życiu św. Józefa dostrzegamy bowiem wszystkie zasadnicze elementy Opus Dei. Widzimy ojcostwo i synostwo. Dostrzegamy okruchy szczęśliwego życia rodzinnego pomimo wielu trudności. Widzimy czynną pobożność. Spotykamy mężczyznę, który wykonuje ciężką pracę i jest z niej znany. Wszystkie te elementy łączą się harmonijnie w jego życiu. Święty Józef prowadził życie przepełnione pokojem i wolne od wewnętrznego rozdarcia. Ucieleśniał to, co św. Josemaría nazywa „jednością życia”.

Dom według Słowa

Warto wyobrazić sobie powszednie otoczenie Świętej Rodziny – nie tylko jej życie rodzinne, ale także fizyczne warunki. Święta Rodzina mieszkała zapewne w typowym domu: małym budynku z kamienia lub drewna, z jedną izbą oświetloną pojedynczą lampą i z jednym wejściem. Z Ewangelii św. Mateusza wiemy, że rodzice Jezusa byli ubodzy: przynosząc go do świątyni na uroczystość ofiarowania, złożyli skromną ofiarę: „parę synogarlic lub dwa młode gołębie” (Łk 2,24). Mimo to możemy przypuszczać, że skoro św. Józef był rzemieślnikiem, ich dom był zbudowany solidniej od innych, nawet jeśli był niewielki.

Święty Józef prowadził życie przepełnione pokojem i wolne od wewnętrznego rozdarcia. Ucieleśniał to, co św. Josemaría nazywa „jednością życia”.

W izbie znajdowało się zapewne niewiele sprzętów, skoro musiała ona za dnia pełnić rolę mieszkania, a w nocy sypialni. Być może musiała pomieścić również warsztat ciesielski. Za łóżko służyła rozkładana na ziemi mata, a w chłodne noce rodzina spała w jednej izbie z trzodą, jeśli ją miała.

Nie istniały wyraźne granice oddzielające najbliższą rodzinę od sąsiadów. Nawet w północnym państwie, w pogańskiej Galilei, wioski były często osadami plemiennymi. Tym samym każdy w najbliższy otoczeniu należał do „rodziny”. Nie było odrębnego słowa na oznaczenie kuzyna; wszystkich krewnych nazywano braćmi i siostrami, niezależnie od stopnia pokrewieństwa. Co więcej, więzy rodzinne rozciągały się znacznie szerzej, obejmując wszystkich członków dwunastu plemion Izraela bądź przynajmniej ich resztki wciąż zamieszkującej ziemie przodków.

Granice wioski w znacznym stopniu zakreślały horyzont świata. Długie podróże były przedsięwzięciem trudnym i niebezpiecznym, ponieważ po zmroku na drogach grasowały bandy rozbójników lub dzikie zwierzęta. Wyruszając do Jerozolimy z pielgrzymką z okazji świąt, wieśniacy podróżowali w gronie całego plemienia – nie wśród obcych, jak to ma miejsce dzisiaj. Karawana niekiedy rozciągała się na znacznym dystansie, tworząc tak wielkie, bezpieczne i znajome otoczenie, że niekiedy dziecko mogło zniknąć na cały dzień, zanim jego rodzice zaczynali się niepokoić (zob. Łk 2,42–45).

Pielgrzymki zajmowały istotne miejsce w żydowskim kalendarzu religijnym. Termin „kalendarz religijny” może jednak wprowadzać w błąd, ponieważ dla Bożego ludu wybranego istniał tylko jeden kalendarz, osnuty wokół pracy i liturgii przymierza. Liturgia ta nie ograniczała się bynajmniej do obrzędów sprawowanych dorocznie w odległej świątyni ani dwa razy w tygodniu w zgromadzeniu synagogalnym. Liturgia przenikała całe życie. Prawo Izraela nakazywało rozpoczynać każdy dzień od wezwania Wszechmogącego, a każdy posiłek był świętym wydarzeniem, które rozpoczynano od błogosławieństwa.

Święty Josemaría propagował życie spójne, niczym życie św. Józefa – w pełni świeckie, a równocześnie święte, zanurzone w powszednim życiu wioski (czy to galilejskiej, czy globalnej), lecz zawsze zanurzone także w Bogu.

Tak właśnie przedstawiało się życie św. Józefa, zwyczajnego robotnika, członka jednego z plemion judejskich osiadłych w prowincji rozległego imperium. Życie to pod wieloma względami różniło się od naszego. Tak samo jednak przepełniała je modlitwa, praca, rodzina, radość i cierpienie – splecione ze sobą w jedną, nierozerwalną całość. Święty Józef był dla św. Josemaríi wzorem „jedności życia”. Także i dla nas powinien być wzorem.

Wzór ten rzuca wyzwania wielu współczesnym ludziom w zeświecczonych społeczeństwach. Nasza kultura pozwala nam wprawdzie przeznaczać pewną ilość czasu na czynności religijne, ale jednocześnie czas ten ściśle oddziela od reszty życia. Możemy zastrzec w swoim elektronicznym kalendarzu lub telefonie komórkowym, że niedzielny poranek jest święty i nienaruszalny. Gdzie jednak jest Bóg przez resztę naszego tygodnia? Gdzie jest Bóg, gdy pracujemy, odpoczywamy i pomagamy dziecku rozwiązać zadanie z algebry?

Święty Josemaría miał świadomość, że współcześni chrześcijanie stają przed ogromną pokusą „prowadzenia podwójnego życia: z jednej strony życia wewnętrznego, życia w relacji z Bogiem, a z drugiej, innej i oddzielnej, życia rodzinnego, zawodowego i towarzyskiego, pełnego małych, ziemskich spraw”. Wzywał, by jej jednak nie ulegać: „Istnieje jedno, jedyne życie, ustanowione z ciała i duszy, i takie ma być – z duszy i ciała – święte i pełne Boga. Boga niewidzialnego spotykamy w rzeczach jak najbardziej widocznych i materialnych”[1].

Święty Josemaría propagował życie spójne, niczym życie św. Józefa – w pełni świeckie, a równocześnie święte, zanurzone w powszednim życiu wioski (czy to galilejskiej, czy globalnej), lecz zawsze zanurzone także w Bogu. Życie to łączy w sobie to, co boskie i to, co ludzie, teoretyczne i praktyczne, zawodowe i rodzinne. Życie to kieruje się ku niebu, a nawet, w pewnym sensie, już tam sięga.

Pozwala przeżywać dobre dni, nawet pośród trudności, i tłumaczy radość, jaką dostrzegłem u pierwszych członków Opus Dei, których spotkałem na swej drodze. „Pan nie zachęca nas, abyśmy w czasie naszej ziemskiej wędrówki byli nieszczęśliwi i abyśmy oczekiwali pocieszenia jedynie na tamtym świecie”[2] – nauczał św. Josemaría.

Bóg chce, żebyśmy również tutaj byli szczęśliwi, pragnąc jednak ostatecznego urzeczywistnienia tego innego szczęścia, którego tylko On może w pełni udzielić.

Tu, na ziemi, kontemplacja rzeczywistości nadprzyrodzonych, działanie łaski w naszych duszach, miłość bliźniego jako dorodny owoc miłości Boga – stanowią już zadatek Nieba, zalążek, który ma wzrastać dzień po dniu. My, chrześcijanie, nie znosimy podwójnego życia: zachowujemy jedność życia, prostą i mocną, w której łączą się i przenikają wszystkie nasze działania[3].

Bóg jest zawsze przy nas, niezależnie od tego, czy Go dostrzegamy, czy też nie. Ten akt świadomości oraz akt prośby kreślą różnicę między dziełem naszym a dziełem Bożym, między opus nostrum a opus Dei.

Jednoczącą zasadą jest synostwo Boże. Święty Józef nauczył się, jak być synem Bożym, obserwując Syna Bożego dorastającego pod jego opieką. Jezus był prawdziwie godnym podziwu dzieckiem i z pewnością jego przybrany ojciec podziwiał go, ucząc się od Dziecięcia, jak ufać Ojcu i poddawać się Jego woli. My także możemy – a nawet powinniśmy – uczyć się od małych dzieci. Sam Jezus powiedział wszak: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3).

Małe dzieci nie żyją w wewnętrznym podzieleniu. Z chwili na chwilę mogą wprawdzie odgrywać różne role w zabawie, ale zawsze pozostają sobą, bezpieczne w granicach rodzicielskiego domu i świata. Gdy bierzemy z nich przykład, duchowe dziecięctwo sprawia, że nasze życie nabiera spójności.

Duchowość Opus Dei obfituje w rozmaite obrzędowe zwyczaje. Słyszałem, jak określano ją mianem „trynitarnej”, „eucharystycznej”, „chrystocentrycznej” bądź „maryjnej”. Jest w niej obecny każdy z tych elementów – oraz zdrowa domieszka angelologii – ponieważ wszystko sprowadza się do synostwa Bożego, do życia w dziecięctwie. Mówiąc słowami założyciela, „ta jedność życia, której nerwem jest obecność Boga, naszego Ojca, może i powinna być rzeczywistością codzienną”[4].

Duchowość, jaką szerzył św. Josemaría, najlepiej zostały ukazane w roli „siewcy pokoju i miłości”.

Kluczem jest Boża obecność. Bóg jest zawsze przy nas, niezależnie od tego, czy Go dostrzegamy, czy też nie. Zawsze nas obserwuje, gotów pomóc nam w swej mądrości, jeśli tylko Go o to poprosimy. Ten akt świadomości oraz akt prośby kreślą różnicę między dziełem naszym a dziełem Bożym, między opus nostrum a opus Dei. Nasze dzieło pochłania być może długie godziny, ale to Boże dzieło sprawia, że przybliża się Królestwo. Prawdziwe, głębokie spełnienie życiowe znaleźć można jedynie w dziele Bożym.

Plan życia, jaki św. Josemaría pozostawił Kościołowi, duchowość, jaką szerzył, najlepiej zostały ukazane w jego roli jako „siewcy pokoju i miłości”. Gdy bowiem w życiu panuje jedność i harmonia, miejsce wewnętrznego rozdarcia zajmuje spokój.

Pracować w ten sposób – to modlić się. Uczyć się w ten sposób – to modlić się. Prowadzić badania naukowe w ten sposób – to modlić się. Zasada zawsze jest ta sama: wszystko jest modlitwą, wszystko może i powinno prowadzić nas do Boga, ożywiać nieustannie obcowanie z Nim, od rana do nocy. Każda uczciwa praca może być modlitwą; a wszelka praca, która jest modlitwą, jest apostolstwem. W ten sposób dusza umacnia się w prostej i mocnej jedności życia[5].

Dom jest tam, gdzie jest serce

Jesteśmy dziećmi Bożymi w wiecznym Synu Bożym, który jest także Synem Maryi. Naszym domownikiem jest Trójca Święta, a domem – Msza. Jednocześnie jednak naszym domem jest warsztat pracy – tak jak nazareński warsztat był domem św. Józefa. W końcu oczywiście naszym domem jest także rodzinny dom.

Prowadzimy jedno życie – wraz w Bogiem, Kościołem i wszystkimi dziećmi Bożymi.

Jezus nie dopuszcza rozdwojenia: „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał a drugim wzgardzi”. Wyłączny wybór Boga dokonany przez chrześcijanina, kiedy w pełni odpowiada na Boże wezwanie, nakazuje mu kierować wszystko ku Panu, a równocześnie dawać bliźniemu wszystko to, co mu się sprawiedliwie należy[6].

Scott Hahn

tłum. Piotr Blumczyński


[1] Kochać Kościół, 52.

[2] To Chrystus przychodzi, 126.

[3] Tamże.

[4] Tamże, 11.

[5] Tamże, 10.

[6] Przyjaciele Boga, 165.