Miejsca nadziei – katakumby rzymskie

Tekst na dzień zaduszny ks. kard. Józefa Ratzingera z książki "Obrazy nadziei" (Księgarnia św. Wojciecha, 1998).

Opus Dei - Miejsca nadziei – katakumby rzymskie

Ulicą grobów dotarliśmy do kraju przeszłości: tak określił w zeszłym stuleciu drogę swej nauki Johann Jakob Bachofen, wieki badacz wygasłych kultur. Od zarania ludzkości ludzie troszczyli się o swoich zmarłych, przez tę troskę usiłowali ofiarować im pewnego rodzaju drugie życie. Tak więc w świecie umarłych zachował się jakoś miniony świat tych niegdyś żyjących; śmierć zachowała to, czego życie nie mogło zachować. jak ludzie żyli, co ko­chali, czego się bali, komu ufali, czym się brzydzili — ni­gdzie nie dowiemy się tego tak dokładnie jak z grobów, które pozostały nam niby zwierciadła ich świata. I nigdzie nie przeżyjemy tak bezpośrednio i tak aktualnie wczesne­go chrześcijaństwa jak w katakumbach: idąc przez ich ciemne korytarze, mamy wrażenie, jakbyśmy sami prze­kroczyli linię czasu i byli oglądani przez tych, którzy tutaj zachowali swój ból i swoją nadzieję.

śmierć zachowała to, czego życie nie mogło zachować. jak ludzie żyli, co ko­chali, czego sie bali, komu ufali, czym się brzydzili

Dlaczego właściwie tak się dzieje? Może być wiele powodów; zasadniczy jest z pewnością ten, że śmierć ob­chodzi nas dokładnie tak samo jak wówczas i jeżeli nawet tyle rzeczy z przeszłości stało się nam obce — to śmierć po­została ta sama. W tych często niezgrabnych inskrypcjach nagrobnych, jakie poświęcali rodzice swym dzieciom czy małżonkowie sobie nawzajem, rozpoznajemy siebie — w bólu i nadziei, która z tych napisów przemawia. Więcej: wobec trudnego problemu śmierci szukamy wszyscy jakie­goś oparcia, które pozwoli nam mieć nadzieję; szukamy drogowskazów, szukamy pocieszenia. Kto przechodzi korytarzami katakumb, zostaje wciągnięty nie tylko w solidarność całej ludzkiej żałoby, jaka z nich wyziera; kto tędy przechodzi, nie może, się nawet zmierzyć z melancholią przeszłości: tak całkowicie i dogłębnie jest ona przepojona świadomo­ścią zbawienia. Te ulice śmierci są w rzeczywistości drogami nadziei; kto tędy chodzi, ten niechybnie dowie się czegoś o nadziei, jaka tutaj przemawia ze wszystkich obra­zów i ze wszystkich słów.

W tym wszystkim jest naturalnie jeszcze niewiele powiedziane o naszym stosunku do śmierci. Dlaczego właściwie boimy się śmierci? Dlaczego ludzkość nigdy nie mogła uwierzyć, że po śmierci po prostu zapadnie nicość? Istnieje wiele powodów. Boimy się śmierci najpierw dlate­go, że odczuwamy strach przed nicością, przed wejściem w zupełnie nieznane. Buntujemy sic przeciw niej, bo nie potrafimy teraz uwierzyć, iż tyle wspaniałych i sensow­nych rzeczy. powstałych w życiu, nagle ma się zapaść w nicość. Bronimy się przed nią, bo miłość żąda wieczności i ponieważ nie możemy przyjąć zniszczenia miłości, jakie niesie ze sobą śmierć. Boimy się jej, ponieważ nikt tak łatwo nie może pozbyć się przeczucia, że przyjdzie Sąd, którego bliskość wzmacnia w nas bez ozdobników wspomnienie wszystkich win, jakie normalnie potrafimy zepchnąć na dalszy plan. Problem Sądu odcisnął swoją pieczęć na kulturze cmentarnej wszystkich epok. Miłość otaczająca zmarłego ma go też ochraniać; to, że towarzy­szy mu tyle wdzięczności, nie może pozostać bez wpływu na Sądzie - tak myśleli i tak myślą ludzie.

Te ulice śmierci
są w rzeczywistości drogami nadziei; kto tędy chodzi,
ten niechybnie dowie się czegoś o nadziei,
jaka tutaj przemawia
ze wszystkich obra­zów
i ze wszystkich słów.

My jednak dziś staliśmy się racjonalistami, a przynaj­mniej tak sądzimy. Nie interesuje nas traf przypadek, wolimy coś określonego. Stad też problemu śmierci nie chcemy rozwiązywać za pomocą wiary, lecz metodą sprawdzalnego i empirycznego poznania. Tak więc jakiś czas temu opowiadania tych, którzy przeżyli śmierć kliniczną, stały się ulubioną lekturą, która dziś nie budzi już większego zainteresowania. Uspokojenie, jakie te lektury niosły, nie zawiedzie nas daleko. Może być nawet całkiem za­bawne unosić się przez parę godzin gdzieś w pokoju nad samym sobą i z humorem i wzruszeniem patrzeć z góry na swe martwe ciało i zasmuconych krewnych, ale to z pew­nością nie jest zajęciem na całą wieczność. Szukając do­wodów empirycznych, wracamy często na zupełnie archa­iczne drogi, zanurzamy się w spirytyzm, szukając — w mniej lub bardziej naukowo przykrojonych formach — bezpośredniego kontaktu ze światem po drugiej stronie śmierci. Jednakże i tutaj nie ma żadnych widoków. Zna­leźć tu bowiem można najwyżej duplikaty naszego tu­tejszego życia. Jakiż miałoby to sens, gdybyśmy musieli jeszcze raz — bez miejsca i bez końca egzystować? W rzeczywistości oznacza to dokładnie piekło. Powtórze­nie — nieograniczone w czasie — naszego dotychczasowe­go życia byłoby w istocie potępieniem na zawsze. Nasze ziemskie życie ma swoje ramy czasowe i dzięki temu moż­na je wytrzymać; wymiar wieczny mógłby być nie do wy­trzymania. Ale cóż to znaczy? Nie chcemy śmierci i życia, jakie znamy, nie chcemy ich na zawsze. Czy człowiek jest ja­kąś istotą pozostająca w sprzeczności, pomyłką natury?

Z tymi pytaniami w sercu przejdźmy jeszcze raz dro­gą wzdłuż katakumb. Tylko ten, kto w śmierci potrafi roz­poznać nadzieję, potrafi też żyć z nadzieją. Co tym lu­dziom, którzy tutaj pozostawili szyfr swojej wiary, dawało możność tak pogodnej nadziei? Co jeszcze dziś przemawia do nas w ciemnościach podziemnych korytarzy? Po pierwsze, byli oni przekonani o tym, iż człowiek, ograniczony całkowicie do tego, co można empirycznie pojąć, nie ma żadnego sensu. Byli też przekonani, że zwykłe przedłużenie naszej obecnej egzystencji w nie­skończoność byłoby absurdem. Jeżeli już w tym czasie izolacja jest czymś śmiertelnym i tylko ożywia nas zako­twiczenie we wspólnocie miłości, to życie wieczne może mieć jedynie sens w całkiem nowej pełni miłości, która przekracza każdy czas. Ponieważ ówcześni chrześcijanie znali te prawdę, wiedzieli także, że człowieka można zrozumieć tylko wtedy, gdy istnieje Bóg. Jeżeli Bóg istnieje — dla nich to „jeżeli” już nie istniało, i w tym tylko leży rozwiązanie. Bóg wyszedł z nieznanej dali i wstąpił w ich życie, mówiąc: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” (J 11,25). Jeszcze inne słowa Pana rozjaśniają ciemność śmierci: „Ja jestem drogą i prawda, i życiem” (J 14,6). Na strach Sądu pada światło z tego, co Jezus rzekł z krzyża ukrzyżowanemu łotrowi: „Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23,43). Przede wszystkim Jezus zmartwychwstał i powiedział: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele (…) Idę przecież przygotować wam miejsce” (J 14,2). Bóg nie był już tutaj jakimś dalekim „jeżeli”. On tu był. Istniał rzeczywiście. Ukazał się i był dostępny.

dla chrześcijan również zalążki filozofii starożytnej miały swój sens. Ta filozofia mówiła: jeżeli chcesz przetrwać poza granice śmierci, musisz w siebie możliwie wiele nabrać
z tego, co jest wieczne: prawdę, sprawiedliwość, dobro.

Dalej zaś wszystko inne było prostą konsekwencja tego stanu rzeczy. Albowiem jeżeli Bóg istnieje, jeżeli ten Bóg chciał i chce mieć człowieka, to jasne jest, że jego mi­łość potrafi to, co nasza daremnie usiłuje uczynić, a mia­nowicie: ukochanego utrzymać przy życiu poza granicami śmierci. Nasze cmentarze z ich oznakami przywiązania i wierności są właściwie takimi próbami miłości, która chce drugiego jakoś przytrzymać i dać mu trochę życia. I rzeczywiście, żyje jeszcze trochę w nas nie on sam, ale coś z niego. Bóg potrafi zachować nie tylko myśli, wspomnienia, dzieła, lecz także każdego człowieka w jego tożsamości. W ten sposób dla chrześcijan również zalążki filozofii starożytnej miały swój sens. Ta filozofia mówiła: jeżeli chcesz przetrwać poza granice śmierci, musisz w siebie możliwie wiele nabrać z tego, co jest wieczne: prawdę, sprawiedliwość, dobro. Im więcej z tego posiadasz w sobie, tym więcej pozostanie z ciebie, tym bardziej ty pozostaniesz. Albo lepiej: musisz się przycze­pić do tego, co wieczne, tak że będziesz należeć do niego i masz udział w jego wieczności. Przyczepić się do prawdy i w ten sposób należeć do Niezniszczalnego. Teraz stało się to bardzo realne, bardzo bliskie: przyczep się do Chrystusa, On przeniesie cię przez noc śmierci, którą sam już przeszedł. Stąd otrzymuje sens nieśmiertelność. Nie jest ona już teraz trwającym w nieskończoność powtórzeniem teraźniejszości, lecz czymś nowym, a jednak rzeczywiście nasza wieczno­ścią: być w rękach Boga i być jedno ze wszystkim, co On stworzył. Być jedno ze stworzeniem - to jest do­piero rzeczywiste życie, które teraz widzimy tylko jakby za mgłą. Bez odpowiedzi na pytanie o Boga śmierć pozostaje okrutną zagadką, a każda inna odpowiedź wiedzie do sprzeczności. Jeżeli jednak Bóg istnieje, ten Bóg, który ukazał się w Jezusie Chrystusie, to w taki razie istnieje ży­cie wieczne, i wówczas również śmierć jest drogą nadziei.

być w rękach Boga i być jedno ze wszystkim, co On stworzył. być jedno ze stworzeniem - to jest
do­piero rzeczywiste życie, które teraz widzimy tylko jakby za mgłą.

To nowe doświadczenie nadaje katakumbom szcze­gólne piętno. Jeżeli nawet z powodu niepomyślnych warunków duzi część tych obrazów skruszyła i wyblakła, to jednak - mimo upływu wieków nic nie straciły one z pierwotnego blasku, a przede wszystkim: z prawdy na­dziei, z której się narodziły. To są młodzieńcy w piecu ognistym; to jest Jonasz wyrzucony z brzucha potwora znów na światło; to jest Daniel w jaskini lwów i wielu in­nych; najpiękniejszy jest Dobry Pasterz, którego przewod­nictwu można się powierzyć bez obaw i leku, ponieważ On zna drogo, również przez ciemną dolinę śmierci. „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego (...). Chociaż­bym chodził ciemna dolną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,1.4).