WELT: Panie profesorze, czym dokładnie jest Opus Dei? To przecież nie jest zwykły zakon.
Stefan Mückl: Opus Dei to wspólnota zwykłych katolickich chrześcijan — kobiet i mężczyzn, z których 98 proc. stanowią osoby świeckie. Są to ludzie, którzy prowadzą zupełnie zwyczajne, codzienne życie.
Mamy na świecie około 95 tys. członków w 68 krajach. Księża stanowią u nas naprawdę niewielką część — ich zadaniem jest towarzyszyć świeckim w życiu duchowym.
Idea jest bardzo prosta: każdy moment dnia może stać się spotkaniem z Bogiem. Nie tylko w kościele, ale także w pracy, rodzinie, podczas uprawiania sportu czy spotkań z przyjaciółmi. Każdy żyje zupełnie normalnym życiem, ale przenikniętym duchem Ewangelii. Nie jesteśmy zakonem — z prawnego punktu widzenia jesteśmy prałaturą personalną, czyli formą prawną wprowadzoną w 1983 r. do prawa kanonicznego.
Skąd więc ta zła sława Opus Dei?
Spójrzmy na to z perspektywy historycznej. Opus Dei przypomniało Kościołowi o dwóch prawdach, które 100 lat temu nieco przysłoniła codzienność. Po pierwsze: świętość nie jest zarezerwowana dla księży czy osób zakonnych, ale jest możliwa dla każdego ochrzczonego. Po drugie: Bóg spotyka nas w samym centrum zwyczajnego życia. Jeśli stworzenie jest dziełem Boga, to jest dobre — i jest miejscem doświadczenia Boga, nawet w najzwyklejszych, codziennych detalach.
W średniowieczu nowe ruchy żebracze, w czasach nowożytnych jezuici — wszelkie nowe wspólnoty w Kościele na początku budziły pytania, krytykę, czasem wręcz opór, który potem z czasem słabł. Opus Dei to wciąż młody ruch — dopiero w 2028 r. będziemy obchodzić setną rocznicę powstania i już zaczęliśmy przygotowania do tego jubileuszu.
Typowy członek Opus Dei? Ma 48 lat, jest żoną i matką
Dan Brown uczynił Opus Dei bardzo popularnym tematem. Dlaczego akurat ta organizacja?
To, co Dan Brown napisał ponad 20 lat temu, to fikcja — być może dla niektórych zabawna (sam wydawca podkreśla, że to wytwór wyobraźni). To próba uczynienia rozrywki bardziej atrakcyjną i osadzenia jej w konkretnym religijnym kontekście.
Dlaczego Brown skupił się akurat na Opus Dei? Tego nie wiem. Ale morderczy mnisi i teorie spiskowe nie należą do naszej rzeczywistości.
Opus Dei nadal uchodzi za tajemnicze. Listy członków nie są jawne.
Członkowie Opus Dei to zwykli katolicy, nie wyróżniają się niczym szczególnym. Każdy ma pełną wolność osobistą, Opus Dei nie narzuca nikomu żadnych ograniczeń. To tak, jak w partiach politycznych, klubach sportowych czy parafiach — nie publikuje się list członkowskich w internecie. Jednak zachęcamy naszych członków, by otwarcie i przejrzyście mówili o swojej przynależności. Mogą być dumni z tego powołania.
Krytycy twierdzą, że Opus Dei skupia szczególnie wpływowych ludzi, którzy nie przyznają się publicznie do członkostwa i tworzą kulisy wpływów według określonej agendy.
To byłaby dobra historia, ale niestety muszę wszystkich rozczarować. Członkowie starają się na swój sposób szerzyć przesłanie Ewangelii. Większość tego dzieje się w ich prywatnym życiu. Często tam dzieje się więcej niż na "wielkiej scenie" publicznych stanowisk czy urzędów.
20 lat temu amerykański dziennikarz John Allen napisał książkę o Opus Dei. Miał dostęp do wszystkich informacji, których potrzebował. Organizacja szeroko z nim współpracowała. Allen przeanalizował także wszelkie insynuacje. Wnioski? Bez emocji: budżet Opus Dei porównywalny był z finansami diecezji średniej lub mniejszej wielkości w USA. Jeśli chodzi o aspekt socjologiczny — typowym członkiem w Niemczech jest kobieta w wieku 48 lat, pracująca mężatka i matka.
Jakie są typy członkostwa?
Wszystkich dotyczy jedno: nie zostaje się członkiem z dnia na dzień. To powołanie. Człowiek w modlitwie rozpoznaje, że Bóg wzywa go do uświęcania codzienności — w pracy, rodzinie, społeczeństwie. Następnie ma nieść to przesłanie także do swojego najbliższego otoczenia.
Czym różnią się członkowie między sobą?
Istnieją różne formy członkostwa — ale nie ma tu hierarchii, lepszych czy gorszych.
Zdecydowana większość to osoby w związkach małżeńskich i mające rodziny lub otwarte na życie rodzinne. Wspólnota obejmuje wszystkie środowiska, zawody i sytuacje rodzinne.
Mniejsza grupa — zarówno kobiety, jak i mężczyźni — żyje w celibacie we wspólnotach, mając kaplicę w domu. Inni samotni mieszkają sami lub z rodziną. Ale kluczowe jest to, że nie są to "single" w potocznym rozumieniu. Każdy ma osobistą więź z Chrystusem i traktuje Opus Dei jako rodzinę na całym świecie. Łączy nas ten sam duch, dostosowany do indywidualnych warunków. To fascynujące.
Co konkretnie odróżnia członka Opus Dei od "zwykłego" katolika?
Nie chodzi tu o ocenę, kto jest "normalnym", a kto "nienormalnym" katolikiem. Na zewnątrz członek Opus Dei nie różni się niczym od innych wierzących. Każdy stara się codziennie uczestniczyć we mszy św., poświęcać czas na modlitwę, lepiej poznawać Chrystusa przez lekturę Pisma Świętego i dbać o formację duchową. Ma to kształtować całe życie, tak by było ono przeniknięte modlitwą, mszą i Ewangelią. Każdy członek sam dostosowuje szczegóły tego "programu" do swojej codzienności.
Jak to wygląda w praktyce — są jakieś spotkania, domy, stałe rytuały?
Tak, jest trochę wszystkiego. W naszych domach — ośrodkach edukacyjnych czy akademikach, których adresy można łatwo znaleźć w internecie — mieszka zwykle po 15-20 osób. Tworzą one wspólnotę: wspólna modlitwa poranna, msza św., spotkania rodzinne, a jeśli pozwala na to praca — także wspólne posiłki. Organizujemy również otwarte spotkania: krótką refleksję duchową raz w tygodniu, dzień skupienia raz w miesiącu i rekolekcje raz w roku.
Ale mówiąc szczerze, członkostwo w Opus Dei najpełniej przeżywa się w rodzinach, gdzie rodzice wzajemnie się wspierają i wychowują dzieci w duchu chrześcijańskim. To one stanowią większość w organizacji.
Czy Opus Dei nie popełniło błędów? Byli członkowie mówią o presji i wykorzystywaniu.
Z pewnością w Opus Dei zdarzały się błędy. To nieuniknione, gdy pracują ze sobą ludzie. To dla nas bolesne, bo nie sprostaliśmy własnym ideałom. Bardzo poważnie traktujemy relacje byłych członków i staramy się wyciągać z tych doświadczeń wnioski. Obecnie na całym świecie, także w Niemczech, działają niezależne punkty kontaktowe.
KAŻDY PRZYPADEK BYŁ BADANY, A SPRAWY MIAŁY SWOJE KONSEKWENCJE, ZARÓWNO ZE STRONY SĄDÓW ŚWIECKICH, JAK I KOŚCIELNYCH. W OSTATNICH LATACH, PODOBNIE JAK INNE INSTYTUCJE KOŚCIELNE, DODATKOWO ZAOSTRZYLIŚMY NASZE PROCEDURY OCHRONNE.
Pojawił się też zarzut, że dzieci były porywane lub namawiano je do samookaleczeń.
Inspiracją dla tych zarzutów jest wyraźnie Dan Brown. Nie było jednak żadnego procesu sądowego ani decyzji organów, które potwierdziłyby takie przypadki.
Skąd więc ci świadkowie, którzy tak twierdzą?
Nie wiem, kim mieliby być ci świadkowie ani skąd się wzięli.
Według pana Gore'a istnieją, choć anonimowo.
Jeśli rzeczywiście zna te osoby, powinien ich zachęcić do podjęcia kroków prawnych, aby prawda mogła zwyciężyć. My jesteśmy zdecydowanie za transparentnością.
Czy wiadomo o przypadkach nadużyć w organizacji?
Niestety, takie przypadki się zdarzały. Każdy jeden to o jeden za dużo.
Banco Popular [hiszpański bank komercyjny] był wykorzystywany do prania pieniędzy lub zarządzania wielkimi funduszami Opus Dei.
W tej i innych sprawach opublikowaliśmy 100-stronicowe opracowanie faktów, w którym obiektywnie wyjaśniamy relacje między Banco Popular a Opus Dei i odpieramy wszelkie zarzuty. Można się z nim zapoznać na stronie internetowej Opus Dei.
Ogólnie rzecz biorąc: Opus Dei nie posiada żadnych aktywów, które mogłyby być "prane". Nasze instytucje — domy, szkoły, akademiki — działają jako podmioty prawa cywilnego. Poza tym, to czym zajmuje się zawodowo dany członek, jest jego prywatną sprawą i odpowiedzialnością — tak samo, jak parafia nie odpowiada za zawodowe życie swoich parafian.
Czy uświęcanie przez pracę oznacza, że praca wykonywana jest w imieniu Opus Dei?
Nie. Nasz założyciel podsumował ten aspekt w trzech punktach: uświęcać pracę, uświęcać się poprzez pracę i uświęcać innych przez swoją pracę. W praktyce oznacza to: być koleżeńskim, pracować profesjonalnie, angażować własne talenty, zachowywać lojalność i uczciwość — krótko mówiąc: podczas pracy zajmować się pracą, a nie przeglądaniem internetu [śmiech]. Chodzi o to, by wykonać swoją pracę solidnie i móc ją z czystym sumieniem ofiarować Bogu.
Twierdzi się, że założyciel był blisko Franco lub nawet Hitlera.
Nasz założyciel żył w konkretnych realiach historycznych i politycznych, na które nie miał wpływu — w Hiszpanii rozdzieranej wojną domową i prześladowaniami duchowieństwa. Po wojnie św. Josemaría [Escrivá de Balaguer] kilkakrotnie spotkał się z generałem Franco, dwukrotnie przemawiał do niego na prośbę hiszpańskich biskupów. Nie można z tego wyciągać wniosków o jakichkolwiek sympatiach politycznych.
W Opus Dei od początku byli ludzie o bardzo różnych poglądach. Założyciel zachęcał wszystkich do pojednania, zrozumienia i przebaczenia, bo byli zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Franco. Na przykład rodzina obecnego prałata Opus Dei, Fernando Ocáriza, musiała po zwycięstwie Franco udać się na emigrację, dlatego urodził się on w Paryżu.
Odnośnie Hitlera: już w 1940 r. założyciel, w obecności świadków, miał stwierdzić: "niech diabli go wezmą".
Na koniec pytanie o biczowanie. Czy dziś również się to zdarza?
Uporządkujmy: pewna doza ascezy od zawsze była częścią chrześcijańskiego życia, czyli — mówiąc krótko — skupienie na sprawach niebiańskich przy świadomym wyrzeczeniu się doczesności. Członkowie Opus Dei starają się praktykować tę ascezę z duchem ofiarności. Zaczyna się to od rzeczy pozornie błahych: sumiennego wywiązywania się z obowiązków, stawiania potrzeb innych na pierwszym miejscu, bycia uprzejmym nawet w trudnych chwilach. Tak, niektórzy stosują także "klasyczne" formy ascezy, znane w Kościele od wieków i praktykowane przez takich świętych jak Franciszek z Asyżu czy Matka Teresa.

