Prof. Skibiński: książka Gore’a o Opus Dei to nie literatura faktu, a strumień świadomości nieskrępowany rzeczywistością
To nie jest literatura faktu, lecz strumień świadomości nieskrępowany rzeczywistością – mówi prof. Paweł Skibiński o książce Garetha Gore’a „Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna”. „Każdy, kto ceni rzetelność dziennikarską i próbę dotarcia do prawdy, musi odnieść wrażenie, że Gareth Gore jest albo nieuczciwy, albo pogrążony w pewnego rodzaju obsesji. W tej książce istnieje tylko jeden sposób analizowania informacji: obsesyjne szukanie obciążeń” – podkreśla historyk w rozmowie z KAI.
Dawid Gospodarek (KAI): Opus Dei to wspólnota funkcjonująca w Kościele, ciesząca się w nim uznaniem. Jej założyciel został kanonizowany. Jednocześnie od lat towarzyszy jej pewna aura tajemniczości, masa teorii spiskowych, obecnych również w popkulturze. Skąd bierze się ta tajemniczość i skłonność do doszukiwania się w Dziele spisków?
Paweł Skibiński: Myślę, że składa się na to kilka elementów. Po pierwsze, warto pamiętać, że Dzieło rozwijało się w specyficzny sposób. Powstało pod koniec lat 20. XX w. w Hiszpanii, ale jego prawdziwy, globalny rozwój przypadł na lata od 40. do 90. XX wieku.
Tym, co odróżniało Opus Dei od innych formacji w Kościele, jest fakt, że jest to przede wszystkim formalna instytucja hierarchiczna Kościoła – prałatura personalna. Papież Franciszek doprecyzował ostatnio rozumienie tego terminu prawnego, a proces definicji charakteru takiej prałatury prawdopodobnie jeszcze się nie zakończył. Głównym problemem w odbiorze społecznym jest to, że Opus Dei pozostaje jedyną prałaturą personalną. Nie wynika to jednak z życzenia samej organizacji, ale z faktu, że Stolica Apostolska nie uznała dotąd innych instytucji za odpowiednie do ubrania w tę konkretną szatę prawną.
Z punktu widzenia historycznego ważniejsze wydają mi się jednak inne kwestie. W latach 50., 60. i 70. XX w. w Kościele panowała moda na podkreślanie tzw. opcji preferencyjnej na rzecz ubogich. Przez wiele środowisk było to rozumiane w taki sposób, że katolik musi być człowiekiem ubogim materialnie, a w wielu interpretacjach publicystycznych – wręcz życiowo niezaradnym, kimś spoza realnej sfery oddziaływania na współczesne społeczeństwo.

