„Opus Dei bez filtrów”

Autor książki „Opus Dei bez filtrów” zebrał dwadzieścia świadectw z różnych kontynentów, aby pokazać, jak powołanie może urzeczywistniać się w pracy, rodzinie, przyjaźni i codziennych trudnościach. Podajemy tłumaczenie tekstu z "Religión en libertad" (14.8.2026)

Religión en libertad 14.8.2026

„W Opus Dei Bóg nie wymaga od ciebie porzucenia dotychczasowego życia, lecz przeżywania go w inny sposób”

—Od lat wyjaśnia Pan w debacie publicznej, czym jest wiara i Opus Dei. Co sprawiło, że uznał Pan, iż aby zrozumieć Dzieło, ogólne wyjaśnienia już nie wystarczają i trzeba dać głos tym, którzy je przeżywają?

—Ogólne wyjaśnienia są konieczne: trzeba opowiedzieć, czym jest Opus Dei, jakie jest jego miejsce w Kościele i na czym polega jego przesłanie. Przychodzi jednak moment, w którym definicje okazują się niewystarczające. Dzieło nie jest przede wszystkim teorią ani strukturą, lecz konkretnymi osobami, które starają się odpowiedzieć na Boże wezwanie w środku swojego zwyczajnego życia. Pomyślałem, że najlepszym sposobem na jego zrozumienie jest zbliżenie się do tych żyć i pozwolenie, by to one same przemówiły.

Ponadto przez wiele lat, pełniąc funkcję rzecznika, pytano mnie o władzę, pieniądze, wpływy czy tajemnicę. Są to uzasadnione pytania i należy na nie odpowiadać, ale rzadko kiedy pyta się członka Opus Dei, dlaczego tam jest, co tam znalazł lub jak przeżywa swoje powołanie w zwykły poniedziałek. Ta książka powstała po części z tej właśnie chęci: aby przenieść punkt ciężkości z abstrakcyjnej instytucji na prawdziwych ludzi, z ich zaletami, wadami, radościami i trudnościami.

Przez lata pracy w dziedzinie komunikacji Valero przekonał się, że Opus Dei jest często przedmiotem intensywnych debat, podczas gdy osobiste i duchowe motywy osób, które do niego należą, schodzą na dalszy plan. Jego książka ma na celu przywrócenie właśnie tego ludzkiego wymiaru.

—Zanim został pan rzecznikiem prasowym, był pan młodym człowiekiem, który musiał rozeznać swoje powołanie. Co osobiście znalazł Pan w Opus Dei, co skłoniło Pana do stwierdzenia: „To jest konkretna droga, którą Bóg prosi mnie, abym podążał za Nim”?

—Moje pierwsze naprawdę znaczące spotkanie z Opus Dei miało miejsce, gdy miałem piętnaście lat, podczas podróży do Rzymu. Tam uczestniczyłem w spotkaniu ze św. Josemarią. Nie pamiętam dokładnie, co powiedział, ale pamiętam głębokie wrażenie, jakie na mnie wywarł: stałem przed osobą, dla której Bóg był absolutnie realny. To pół godziny pozostawiło we mnie ślad, który pozostawał w uśpieniu.

Jakiś czas później ktoś zasugerował mi, że być może Bóg wzywa mnie do Opus Dei. Moją pierwszą reakcją był strach; nie chciałem nawet o tym myśleć. Jednak po kilku tygodniach modlitwy i refleksji zrozumiałem z trudną do wyjaśnienia wewnętrzną pewnością, że to jest moja droga. Zafascynowała mnie możliwość całkowitego oddania się Bogu bez opuszczania świata, odnajdywania Go w pracy, przyjaźni i zwykłych okolicznościach życia.

Z biegiem lat poznałem swoje ograniczenia, popełniłem błędy i przeżyłem trudne chwile, ale nigdy nie przestałem być wdzięczny za to powołanie. Za nic w świecie nie zamieniłbym życia, które mi dało.

—Bohaterowie tej książki pochodzą ze zupełnie różnych środowisk. Po wysłuchaniu ich, jaką wspólną cechę dostrzega w tych pozornie tak zwyczajnych życiach, która pozwala zrozumieć od środka, czym jest powołanie do Opus Dei?

—Wspólną cechą jest odkrycie, że ich zwyczajne życie może stać się miejscem spotkania z Bogiem i służby innym. Nie łączy ich zawód, pochodzenie społeczne ani geograficzne — wśród rozmówców są osoby z pięciu kontynentów. Nie łączy ich też wrażliwość polityczna, a nawet sposób bycia. W książce pojawiają się: księgowa, muzyk, ksiądz z porażeniem kończyn dolnych, przedsiębiorca, popularyzatorka twórczości Tolkiena, taksówkarz, małżeństwa, osoby żyjące w celibacie… wszystko. Nie ma jednego wzorca człowiek-członek Opus Dei.

To, co jednak pojawia się raz po raz, to powołanie, które rzuca światło na to, co już mieli przed sobą. Bóg nie prosi ich, by porzucili swoje życie, lecz by żyli nim inaczej: by lepiej pracowali, bardziej kochali swoją rodzinę, dbali o przyjaźnie, służyli bliskim i nauczyli się ofiarowywać również swoje trudności. Istnieje jedno powołanie, ale tyle sposobów jego urzeczywistnienia, ile jest osób. Właśnie dlatego chciałem zebrać tak różnorodne historie.

Różnorodność tych świadectw nie ogranicza się tylko do sfery zawodowej czy geograficznej. Zmusza ona również do przeniesienia spojrzenia z abstrakcyjnych rozważań na temat instytucji na konkretne historie, z których niektóre naznaczone są niepewnością, migracją, chorobą czy samotnością.

—W obliczu wizerunku publicznego, tak często zdominowanego przez władzę, tajemnicę lub wpływy, które konkretne doświadczenie zawarte w książce wydaje się Pani najbardziej zdolne do obalenia tego poglądu bez konieczności wdawania się w polemiki?

—Być może historia Garby. Przybył do Hiszpanii z Togo w wieku szesnastu lat, po przejściu przez kilka krajów afrykańskich i przeżyciu katastrofy morskiej w pobliżu Wysp Kanaryjskich, w której zginęła połowa osób podróżujących na łodzi. Kiedy dotarł do Walencji, był sam, nie mówił po hiszpańsku i nie wiedział, jak odbudować swoje życie. Tam spotkał ludzi z Opus Dei, którzy nauczyli go języka, pomogli mu zdobyć wykształcenie, załatwić dokumenty i znaleźć pierwszą pracę, a przede wszystkim zaoferowali mu przyjaźń.

Ponad dwadzieścia lat później Garba, który nadal jest muzułmaninem, widzi w tych ludziach rodzinę, której nie miał. Nigdy nie próbowali go nawracać ani nie uzależniali pomocy od zmiany wyznania. Wyraża to z ogromną stanowczością: „W Opus Dei nigdy, przenigdy, w całym moim życiu nikt mnie do niczego nie zmuszał”.

Dzisiaj jest współpracownikiem Dzieła i założył w Togo szkołę dla sierot, zainspirowaną tym, co sam otrzymał w Walencji. W obliczu takiej historii mówienie o organizacji opętanej żądzą władzy wydaje się dziwne.

To samo dzieje się podczas lektury historii różnych matek i ojców, którzy pojawiają się w książce – to właśnie oni stanowią najczęstszy obraz w Opus Dei. Życie prawdziwych ludzi z Dzieła ujawnia coś znacznie prostszego i bardziej ewangelicznego: osoby, które odnajdują Boga w najzwyklejszych realiach i starają się żyć jak „inni Chrystusowie”. A kiedy spotykają kogoś w potrzebie, starają się kochać go jak brata.

Wolność jawi się jako jedna z kluczowych kwestii tej rozmowy. Jest ona jednocześnie współczesnym niepokojem wobec wszelkich ostatecznych zobowiązań oraz jednym z tematów, które najczęściej pojawiają się w rozmowach o Opus Dei.

—W czasach, gdy panuje nieufność wobec wszelkich trwałych zobowiązań i obawa przed utratą autonomii, w jaki sposób osoba z Opus Dei doświadcza, że jej powołanie, duchowe towarzyszenie i decyzje są rzeczywiście wolne?

—Wolność nie polega na braku zobowiązań, lecz na możliwości świadomego kochania i oddania się. Powołanie nie eliminuje wolności: potrzebuje jej. Nikt nie może odpowiedzieć za inną osobę na Boże wezwanie, dlatego decyzja musi wynikać z sumienia i być odnawiana przez całe życie.

Patricia, jedna z bohaterek książki i numeraria pomocnicza, wyraża to bardzo jasno: „Powołanie nie jest czymś, co porywa cię z własnej siły, ale czymś, co codziennie wybieram z własnej woli”. I dodaje: „Jestem tutaj, bo tak mi się podoba, a gdyby tak nie było, odeszłabym”.

Towarzyszenie duchowe oferuje światło, formację i radę, ale nie zastępuje sumienia ani nie podejmuje decyzji w imieniu danej osoby. Każdy swobodnie decyduje o swoim zawodzie, poglądach politycznych, relacjach rodzinnych i społecznych oraz o konkretnym sposobie realizacji swojego powołania. Radę można przyjąć lub odrzucić.

Oczywiście ta wolność może być źle wykorzystywana, ponieważ wszyscy jesteśmy niedoskonali i mogą zdarzyć się błędy. Jednak zasada jest kluczowa: bez wewnętrznej wolności oddanie się Chrystusowi przestaje być odpowiedzią miłości i grozi, że stanie się ciężarem.

Książka wielokrotnie powraca do centralnej intuicji św. Josemarii: życie chrześcijańskie nie zaczyna się poza zwykłymi obowiązkami, lecz rozgrywa się właśnie w nich. W długich dniach pracy, troskach finansowych, relacjach rodzinnych i pozornie drobnych obowiązkach.

—Święty Josemaría proponował odnajdywanie Boga w pracy, rodzinie, przyjaźni i codziennych przeciwnościach losu. Co to oznacza, nie jako piękna idea, ale w rzeczywistym dniu zmęczonego człowieka, obciążonego obowiązkami i trudnościami?

—Oznacza to na przykład to, co stara się przeżywać Ángel, taksówkarz pojawiający się w książce. Wstaje o drugiej w nocy i jedzie na lotnisko w Madrycie. Spędza wiele godzin za kierownicą, martwi się, czy wystarczy mu pieniędzy do końca miesiąca, je posiłek z synem po zakończeniu pracy i śpi około pięciu godzin, zanim znów zaczyna od nowa.

Wykorzystuje niektóre trasy na odmawianie różańca, podczas przerwy czyta Ewangelię na telefonie i stara się uczestniczyć we mszy. Ale przede wszystkim stara się postrzegać każdego klienta jako osobę, którą sam Chrystus by obsłużył: słuchając go, rozmawiając z nim i dobrze wykonując swoją pracę.

Ángel przyznaje, że są dni, kiedy jest zmęczony, wyczerpany i nie wie, co powiedzieć Bogu. Uświęcanie codziennego życia nie oznacza ciągłego odczuwania natchnienia ani dodawania do trudnego dnia niemożliwej do spełnienia listy obowiązków. Polega ono właśnie na przekształceniu tego zmęczenia, tej niewygodnej bieganiny, trosk finansowych czy cierpliwości wobec klienta w materiał do modlitwy i miłości. To powiedzenie Bogu: „Dzisiaj to jest to, co mam, i to właśnie Ci ofiarowuję”.

Zwyczajna świętość nie sprawia, że trudności znikają, ale nadaje im nowy sens.

Historie zebrane przez Valero nie mają na celu przedstawienia wyidealizowanej wspólnoty. Opowiadają o różnych ludziach, mających swoje ograniczenia i trudności, którzy starają się odpowiedzieć na wezwanie w środku zwykłego życia. Na tej podstawie autor zastanawia się, jakie spojrzenie byłoby najtrafniejsze, by zbliżyć się do Opus Dei.

—Kończąc lekturę „Opus Dei bez filtrów”, co chciałby Pan, aby zrozumiał – a może przemyślał – czytelnik, który patrzy na Dzieło z sympatią, uprzedzeniem lub po prostu z niewiedzy?

—Chciałbym, aby zrozumiał, że Opus Dei nie da się dobrze pojąć na podstawie stereotypów, czy to przychylnych, czy nieprzychylnych. Nie jest to organizacja złożona z ludzi doskonałych ani machina wywierająca wpływ. Jest to część Kościoła, na którą składają się bardzo różni mężczyźni i kobiety, którzy rozpoznali Boże powołanie i starają się na nie odpowiedzieć w swojej pracy, rodzinie i relacjach.

Robią to, popełniając błędy i trafiając w sedno, borykając się z wątpliwościami i lękami, ponieważ są zwykłymi ludźmi. Ta książka zawiera to, co mi opowiedziano; niczego nie upiększałem. Zadałem im również trudne pytania, które zazwyczaj zadaje się osobom z Opus Dei, a każdy z nich odpowiedział na swój sposób.

Nie oczekuję, że czytelnik po przeczytaniu tej książki zgodzi się ze wszystkim, ale że spojrzy na Dzieło oczami tych, którzy je przeżywają, i zada sobie pytanie, czy obraz, jaki miał, rzeczywiście odpowiada rzeczywistości. Być może odkryje coś bardziej ludzkiego, wolnego i prostego, niż się spodziewał: duchową rodzinę, która pomaga zwykłym ludziom szukać Boga i starać się lepiej kochać tych, którzy są przy nich.

Jeśli książka zdoła wzbudzić to nowe spojrzenie, wykraczające poza etykietki i uprzedzenia, spełni swój cel.