Omnes Javier García Herrería
U progu swojego stulecia Opus Dei nadal napotyka się ze zniekształconym odbiorem w opinii publicznej. Jakie są przyczyny tej percepcji? Czy jest ona owocem czarnej legendy podsycanej z zewnątrz? Wykorzystując kamień milowy, jakim jest sto lat istnienia, historyk Jaume Aurell będący współautorem książki Historia Opus Dei. Cien años de vida a través de su historiografía (Historia Opus Dei. Sto lat życia przez pryzmat jego historiografii) – analizy, która rzuca światło na różne kwestie z historycznego punktu widzenia.
Rozmawiamy z Jaume Aurellem, aby prześledzić historyczne źródła tych uprzedzeń i zrozumieć, dlaczego wiek później instytucja ta nadal mierzy się z wyzwaniem wyjaśnienia społeczeństwu swojej tożsamości i historii.
Prawie każda osoba z Opus Dei została kiedyś zapytana o to, dlaczego wizerunek instytucji tak bardzo różni się od rzeczywistości, której doświadcza się, gdy osobiście poznaje się kogoś z Dzieła. Dlaczego tak się dzieje?
– Ponieważ publiczny wizerunek Opus Dei nie został zbudowany na podstawie tego, czym ta instytucja naprawdę jest, lecz poprzez projektowanie na nią lęków i obsesji każdej epoki. Badałem to zjawisko, posługując się teorią metanarracji: są to narracje działające jak zwierciadło, w którym każde pokolenie widzi odbicie tego, co je obsesyjnie nurtuje, projektując to na organizację.
Co dokładnie oznacza, że te narracje są „prezentystyczne”?
– To, że oceniamy przeszłość kategoriami teraźniejszości, zamiast rozumieć ją w jej własnym kontekście. Jest to fenomen, który widzimy w wielu innych dziedzinach: dziś cenzuruje się autorów takich jak Shakespeare, Mark Twain czy Agatha Christie, ponieważ zawierają wyrażenia lub stereotypy, które obecnie uważamy za obraźliwe, ale które w ich czasach mieściły się w granicach konwencji społecznej. Z Opus Dei stało się coś podobnego, tyle że w ciągu stu lat i przy użyciu trzech różnych, a wręcz sprzecznych ze sobą opowieści.
Porozmawiajmy o tych opowieściach. Jaka była pierwsza?
– Ta o Opus Dei jako herezji religijnej, w latach 1940–1957. I tutaj pojawia się ciekawostka: nie zrodziła się ona wśród antyklerykałów, lecz wewnątrz samego Kościoła. Niektórzy jezuici, jak Ángel Carrillo de Albornoz czy Manuel María Vergés, powiązani z Kongregacjami Mariańskimi, zaczęli określać doktrynę instytucji jako niebezpieczną herezję, którą należy wykorzenić, zanim się skonsoliduje.
Dlaczego Kościół, ciało tak hierarchiczne, widział zagrożenie w czymś tak prostym, jak przeżywanie wiary w codziennej pracy?
– Ponieważ w Kościele, przed Soborem Watykańskim II, świeccy byli wiernymi drugiej kategorii. To, że zwyczajni młodzi ludzie, ubrani w garnitur i krawat, bez żadnego habitu ani wyróżniającego znaku, mówili, że mogą osiągnąć świętość w swojej zwykłej pracy, wydawało się dziwne, a nawet podejrzane. Nazywano ich „illuminatami” i oskarżano o kradzież powołań zakonnych.
I niemal w tym samym czasie pojawiło się podejrzenie polityczne, z Falangą w tle.
– Dokładnie tak. Falanga, która chciała utrzymać swoją pozycję jedynej partii, dostrzegła w Opus Dei zagrożenie. W 1941 roku złożono nawet formalny donos do Specjalnego Trybunału ds. Represjonowania Masonerii i Komunizmu, oskarżając Escrivę i jego naśladowców o knucie spisku „żydomasońskiego”.
Czy były jeszcze inne oskarżenia wobec Dzieła, zanim Escrivá wyjechał na stałe do Rzymu?
– Tak, oskarżano również o „szturm na katedry uniwersyteckie”. W latach 1940–1945 obsadzono w Hiszpanii 179 stanowisk profesorskich (katedr). Z tego tylko 23 przypadły osobom z Opus Dei: to jest 6%. Daleko do masowego podboju, jaki sugeruje legenda.
Narracja przybrała radykalny zwrot w 1957 roku, co się wydarzyło?
– Tak, nastąpił dramatyczny zwrot akcji. Franco, zmuszony do porzucenia falangistowskiej autarkii gospodarczej, włączył do rządu technokratów, takich jak Mariano Navarro Rubio i Alberto Ullastres – obaj z Opus Dei – którzy zaprojektowali Plan Stabilizacyjny z 1959 roku i późniejszy hiszpański „cud gospodarczy”. Środowiska falangistowskie, rozżalone utratą władzy, ukuły wówczas etykietę „technokratów z Opus Dei” i oskarżyły ich o przejęcie władzy.
Od heretyków do potężnych sojuszników dyktatury.
– Dokładnie i ten wizerunek zglobalizował się za sprawą pism takich jak The Economist czy Time, a wzmocniły go książki napisane przez autorów antyfrankistowskich, takich jak Daniel Artigues czy Jesús Ynfante, który ukuł określenie „Święta Mafia”. Ponownie to, co polityczne, splotło się z tym, co religijne. Jednocześnie wewnątrz Kościoła Sobór Watykański II poskutkował i tym, że upolitycznił debaty między „progresistami” a „konserwatystami”, i instytucja została okrzyknięta „integrystyczną”, podczas gdy u swoich początków uchodziła za zbyt „innowacyjną”.
Czy były także naciski ze strony samego Watykanu?
– Tak, w latach 1967–1973 osobistości takie jak Giovanni Benelli i Jean Villot wywierały nacisk na Escrivę, aby Opus Dei działało jako blok polityczny sprzymierzony z europejską Chrześcijańską Demokracją. On odmówił, broniąc indywidualnej wolności politycznej każdego świeckiego, a to kosztowało go sześć lat dystansu i nieufności ze strony Kurii Rzymskiej.
Dochodzimy do trzeciej fali: tej o sekcie i skandalach finansowych.
– Od 1980 roku, w bardziej zsekularyzowanych i indywidualistycznych społeczeństwach, wartości takie jak celibat świeckich czy umartwienie zaczęły być odczytywane przez pryzmat rosnącej fobii medialnej wobec katolicyzmu. Opus Dei w tym kontekście było postrzegane jako siła reakcyjna i niereformowalna.
Ustanowienie jako Prałatura Personalna w 1982 roku oraz beatyfikacja założyciela w 1992 roku otworzyły nowy front ataków, z udziałem krytycznych świadectw byłych członków.
I wtedy pojawia się również słowo „sekta”.
– Dokładnie, prasa międzynarodowa, z The Times na czele, porzuciła schemat władzy politycznej i przyjęła paradygmat sekciarstwa. W Niemczech i we Włoszech krążyły teorie o „praniu mózgu” promowane przez stowarzyszenia antysektowe, dochodząc aż do próby wszczęcia śledztwa przez Parlament Włoski w 1986 roku, które ostatecznie się nie odbyło, ponieważ wyszło, że to bezpodstawne oszczerstwo.
A skandale finansowe, które się mu przypisuje?
– To trzy różne przypadki, które opinia publiczna powiązała w niejasny sposób: sprawa Matesa w 1969 roku, sprawa Calviego i Banku Ambrosiano w 1982 roku oraz sprawa Ruiza-Mateosa w 1983 roku. To epizody bardzo odmienne od siebie, ale ludowa opowieść połączyła je, jakby tworzyły jedną aferę powiązaną z Opus Dei. Gdy bada się te przypadki z minimum rzetelności, zauważa się, że są to sprawy odpowiadające zupełnie różnym kontekstom ekonomicznym i podmiotom politycznym.
Dlaczego więc to zadziałało?
– Z powodu czegoś, co bardzo często przydarza się Opus Dei: ludzie mylą działania zawodowe jego członków, traktując je tak, jakby każdy z nich wykonywał rozkazy instytucji. Ewidentnie tak się nie dzieje w przypadku większości członków, którzy mają normalną pracę i nie cieszą się szczególnym znaczeniem publicznym. Jednakże, jeśli ktoś zajmuje wysokie stanowisko odpowiedzialne w polityce, bankowości, adwokaturze czy kulturze, wówczas jego działania trafiają pod lupę, są podejrzane. Choć może to być trudne do przyznania, w wielu z tych interpretacji wciąż kryje się podłoże mentalności klerykalnej.
I wszystko to zogniskoewane jest u Dana Browna.
– W Kodzie Leonarda da Vinci z 2003 roku i jego wersji filmowej z 2006 roku. Tam wszystkie mity nagromadzone przez dekady łączą się w popkulturową karykaturę: mnicha-albinnosa-asasyna, która osiąga ogromny sukces komercyjny skutkujący utrwaleniem czarnej legendy.
Najbardziej uderzające w tej analizie jest to, że Opus Dei było oskarżane o rzeczy całkowicie przeciwstawne w zależności od epoki.
– To dowód na to, że te narracje są sztucznymi konstrukcjami. W latach czterdziestych oskarżano je o heretycką innowację za obronę świętości świeckich bez habitów i ślubów; od lat sześćdziesiątych do dziś oskarża się je o coś przeciwnego: o bycie ultrakonserwatywnym i reakcyjnym.
Podczas II wojny światowej jedni donosili na Escrivę do aliantów jako na germanofila, a inni w tym samym czasie donosili na niego do Niemców i Włochów jako na anglofila.
W Hiszpanii przypisywano mu bycie ideowym filarem frankizmu, podczas gdy w rzeczywistości był on prześladowany przez samą Falangę, a niektóre z jego duchowych dzieci musiały udać się na wygnanie, by działać w opozycji.
A na poziomie socjologicznym opisywano Dzieło zarówno jako modernizujący „katolicki kalwinizm”, jak i – dzisiaj – jako obskurancki bastion wrogi indywidualnej autonomii.
Analiza zatrzymuje się na roku 2010. Dlaczego nie ma tam ostatnich piętnastu lat, włączając w to całą niedawną polemikę?
– Ponieważ jestem historykiem, a nie dziennikarzem ani analitykiem bieżących wydarzeń. Warsztat historyka wymaga dystansu czasowego i perspektywy: potrzeba, aby archiwa zostały otwarte, aby świadectwa zostały ze sobą skonfrontowane i aby emocje teraźniejszości opadły, zanim będzie można dokonać rzetelnej oceny.
Pisanie o tym, co wydarzyło się w ostatnich latach, bez tej perspektywy, byłoby powtarzaniem tego samego błędu, który piętnuję w książce: poddawaniem się dominującej narracji chwili – nawet dobrze osadzonej w kontekście – zamiast analizowania faktów z czasem niezbędnym do oddzielenia mitu od rzeczywistości. Za dwadzieścia lub trzydzieści lat inny historyk będzie mógł zrobić z tym ostatnim etapem to, co ja starałem się zrobić z poprzednim stuleciem.
Na koniec, jaką autor ma nadzieję, co czytelnik wyniesie z tej podróży przez sto lat opowieści?
– Żeby nauczył się nie ufać łatwym etykietom. Gdy dana instytucja nie pasuje do dominujących kategorii ideologicznych swoich czasów, pojawia się tendencja do deformowania, aby móc ją sklasyfikować. Zrozumienie tych mechanizmów jest przydatne nie tylko do oceniania Opus Dei, ale do czytania z większym krytycyzmem jakiejkolwiek opowieści historycznej, która jest nam przedstawiana jako ostateczna, i do odpowiedniego osadzania jej w kontekście. W tekście egzemplifikuję to aberracją, jaką jest dzielenie hiszpańskiej wojny domowej na faszystów i komunistów, jak wielu próbuje to robić dzisiaj: to jest manipulowanie przeszłością poprzez jej upraszczanie, aby używać jej w bieżących sporach politycznych i generować nieroztropnie niepotrzebną polaryzację.

