Isidoro Zorzano: budować rodzinę, gdy wszystko się wali

Isidoro Zorzano urodził się 13 września 1902 roku, a dziesięć lat temu został ogłoszony czcigodnym sługą Bożym. Był inżynierem, przyjacielem świętego Josemaríi i jednym z pierwszych członków Opus Dei. W samym środku wojny domowej, mogąc udać się w bezpieczne miejsce, został w Madrycie, aby nie zostawiać bliskich. Jego historia przypomina, że trudności przeżywane z Bogiem nie rozbijają rodziny, lecz sprawiają, że ona dojrzewa.

Bóg nie daje się prześcignąć w hojności

Mamy skłonność wyobrażać sobie świętych jako bohaterów zdolnych do niepowtarzalnych czynów. Historia Isidoro Zorzano pokazuje inny, bliższym nam kierunek: w stronę świętości, w której stawka toczy się w trosce o innych, dzień po dniu, poprzez zwykłe gesty, aż do oddania za nich życia.

Isidoro nie był typowym bohaterem. Był uprzejmym i hojnym inżynierem, pasjonującym się swoją pracą, choć niezbyt błyskotliwym, o wytrwałej woli i niemal dziecięcym entuzjazmie do górskich wycieczek. Od dziecka odznaczał się prostą i niezłomną pobożnością, której nigdy nie porzucił[1]. Kiedy bankrutuje bank, w którym rodzina ulokowała swój majątek, co zbiegło się w czasie z wczesną śmiercią jego ojca i starszego brata, musiał wziąć na siebie odpowiedzialność za matkę i siostrę[2]. W gruncie rzeczy był zwykłym człowiekiem z problemami, jakich doświadcza każdy.

Urodził się w Buenos Aires w 1902 roku jako syn hiszpańskich emigrantów, a do Hiszpanii powrócił, będąc jeszcze niemal dzieckiem. Jako dawny kolega ze szkolnej ławy Josemaríi Escrivy, 24 sierpnia 1930 roku stał się jednym z pierwszych, którzy zobowiązali się do życia specyficznym chrześcijańskim powołaniem pośrodku świata, zgodnie z duchem Opus Dei, które jego przyjaciel właśnie zapoczątkował[3]. Pracował w Kolejach Andaluzyjskich w Maladze i tylko od czasu do czasu przyjeżdżał do Madrytu. Pogróżki zabicia, które tam otrzymywał z powodu bycia zaangażowanym katolikiem, przyspieszyły jego przeniesienie do stolicy[4]: kiedy 18 lipca 1936 roku wybucha wojna, Isidoro ma 34 lata i od jego przyjazdu minął zaledwie miesiąc.

Mógł pozostać w bezpiecznym miejscu. Dom, w którym mieszkał z matką i siostrą, znajdował się pod ochroną ambasady argentyńskiej. Przez pierwsze dwa miesiące pozostawał w ukryciu: z Malagi przekazano jego nazwisko i rysopis milicjom w Madrycie. Jednak pod koniec września, zmieniwszy fryzurę, w okularach przeciwsłonecznych i z bardzo niepewnymi dokumentami, wyszedł ponownie na ulicę dla sprawy, która wydawała mu się ważniejsza niż własne bezpieczeństwo[5].

Josemaría Escrivá — którego bliscy nazywali Ojcem — jako kapłan był narażony na śmierć, a wraz z nim każdy, kto udzieliłby mu schronienia[6]. Po kilkukrotnej zmianie miejsca zamieszkania udało mu się znaleźć schronienie w klinice psychiatrycznej doktora Suilsa[7]. To właśnie tam ukryta praca Isidora osiąga swój punkt kulminacyjny: zdobywa hostie i wino, aby Ojciec mógł odprawiać Mszę Świętą, a po jej zakończeniu odbiera konsekrowane hostie, by zanieść Komunię Świętą pozostałym członkom Dzieła, ich rodzinom oraz innym znajomym[8]. Eucharystia staje się w ten sposób ukrytym wątkiem jego wędrówek: tym, co przenosi przez miasto, obok listów i żywności, jest przede wszystkim Chrystus. Dla niektórych — uwięzionych lub odizolowanych w ambasadzie — ta Komunia Święta mogła być przez całe tygodnie główną więzią z sakramentami.

Owym młodym ludziom, rozproszonym i znajdującym się w bardzo różnych sytuacjach[9], trzeba było przekazać nie tylko wiadomości, ale — jak sam mówił — „serce Ojca”.

Pewien epizod ukazuje go w pełni. Vicente Rodríguez Casado schronił się w ambasadzie Norwegii, odcięty od wszystkich. Zbliżanie się tam było ryzykowne: wokół czuwały milicje. Choć Vicente prosił go, by nie przychodził tak często, Isidoro uśmiechał się i odpowiadał: „Bóg nie daje się prześcignąć w hojności”. Wydało mu się czymś najbardziej naturalnym iść i zanieść mu ciepło rodziny. Dopiero później Vicente dowiedział się, że tamte wizyty były odnotowywane, a Isidoro przy wejściu był poddawany rewizji[10].

Uciekać czy zostać?

Około stycznia 1937 roku stało się jasne, że wojna będzie długa, a samo przetrwanie w ukryciu w Madrycie nie wystarczy. Escrivá, który nie chciał udać się w bezpieczne miejsce sam, lecz ze wszystkimi swoimi duchowymi dziećmi — tak nazywał pierwszych członków Dzieła — zaczął przygotowywać ewakuację do drugiej strefy drogą dyplomatyczną[11]. Dzięki José Maríi Gonzálezowi Barredo kilku z nich znalazło schronienie w konsulacie Hondurasu, oczekując na opuszczenie miasta, co uważano za bliskie realizacji[12].

Wtedy dla Isidora nadchodzi decydująca próba. Pod koniec marca ambasada argentyńska oferuje mu wyjazd z Madrytu wraz z rodziną. Uznając ewakuację osób z konsulatu za przesądzoną[13], mógł wyjechać i dołączyć później do Ojca, będąc już poza niebezpieczeństwem. Skonsultował to z Escrivą, który pozostawił mu pełną wolność, i ... zdecydował się zostać. Dlaczego? Ponieważ w Madrycie wciąż pozostawało wielu: José María Hernández Garnica w więzieniu, Vicente w ambasadzie Norwegii, Miguel Bañón i Manuel Sainz de los Terreros ukrywający się na własną rękę, a także Dolores i Carmen, matka i siostra Escrivy, oraz rodziny ich wszystkich. Isidoro zrezygnował z udania się w bezpieczne miejsce, aby nie zostawiać ich samych, przyjmując głód i strach oblężonego miasta oraz ryzykując życie[14]. Ponadto ewakuacja opóźniła się o miesiące, a jego troska objęła także uchodźców w konsulacie.

Wzrastanie do wewnątrz

Odtąd Isidoro był ważnym ogniwem, które utrzymywało w jedności ową rozproszoną rodzinę. Każdego ranka odbierał pocztę w przedstawicielstwie dyplomatycznym i załatwiał sprawy: zdobywał ubrania, jedzenie, leki, słownik. Ponieważ nie mieli zegarka, oddał im swój. Wysyłał poza Madryt powierzone mu listy i odbierał te, które nadchodziły z Levante i z Daimiel: Francisca Botellę i Lolę Fisac poproszono, aby pisali zawsze na jego adres, by nikogo nie narażać[15].

Popołudnia wyglądały natomiast tak: Isidoro spotykał się z jednymi i drugimi, rozdzielał im Komunię Świętą, modlił się z nimi i omawiał do załatwienia sprawy. Od końca marca zaczął spotykać się w swoim domu z Manuelem Sainzem de los Terreros, z José Maríą Albaredą — który poprosi o przyjęcie do Dzieła we wrześniu 1937 roku — oraz z jego przyjacielem, Tomásem Alvirą; w kwietniu postanowił widywać się z nimi codziennie, ponieważ — jak zanotował — „odczuwamy coraz większą potrzebę tej jedności”. Szczególną uwagę poświęcał pewnej trosce: gdy nadchodziły notatki z rozważań, które Ojciec głosił w konsulacie, omawiał je z Sainzem de los Terreros i z Albaredą, a czasem ów komentarz służył im do modlitwy; następnie zaniósł je Bañónowi i wyjaśniał je ustnie Vicente, u którego nie należało mieć przy sobie żadnych papierów. Podczas gdy wojna ich rozdzielała, życie modlitwy przechodziło z rąk do rąk.

W swoim dzienniku pozostawił ślad tego, co dawały mu te spotkania. Zanotował, że ich rozmowy krążyły zawsze wokół Dzieła, do tego stopnia, że ledwie co komentowali wydarzenia wojenne; i że niemal nie zdając sobie z tego sprawy, spędzali ponad godzinę na rozważaniu przeciwności, które ich otaczały, „tak jak czyniliby to pierwsi uczniowie, gdy byli tak prześladowani”. Dzieło — konkludował — sprawiało, że „pojmowali prawdziwą miłość i żyli chrześcijańskim braterstwem”[16].

Koniec wojny i kres życia Isidora

W grudniu 1937 roku Escrivie udało się w końcu przekroczyć Pireneje do drugiej strefy w towarzystwie małej grupy; nie było mu łatwo pogodzić się z wyjściem bez wszystkich swoich dzieci[17]. Isidoro został, jak postanowił dziewięć miesięcy wcześniej[18], i oddał się w szczególny sposób rodzinom. Zaopiekował się Santiago, młodszym bratem Ojca — którego Escrivá poprosił, aby wrócił do matki i siostry, zamiast podejmować niebezpieczną próbę przekroczenia granicy[19] — jak własnym bratem: zapisał go do instytutu i udzielał mu lekcji języków. Towarzyszył do samego końca ojcu Álvara del Portillo, który nie mógł opuścić konsulatu bez niebezpieczeństwa rozstrzelania. A kiedy zmarł ojciec Fernándo Vallespína, przybył natychmiast; później, gdy zachorowała jego siostra i zauważył, że leczenie nie było odpowiednie znalazł dla niej innego lekarza[20].

To wszystko go wyczerpywało. Ważył wtedy 48 kilogramów[21]; nie wiemy, ile ważył po zakończeniu wojny, po miesiącach nowych wyrzeczeń, choć należy przypuszczać, że jeszcze mniej[22]. W dniu, w którym Escrivá powrócił do Madrytu, 1 marca 1939 roku, Isidoro poszedł go powitać i zaraz musiał położyć się do łóżka, aby odzyskać siły. 1 maja powrócił do pracy na kolei. Pod koniec 1940 roku pojawiły się pierwsze objawy choroby, która doprowadziła go do śmierci w 1943 roku: chłoniaka Hodgkina, dziś wyleczalnego.

Wypełnił swoje zadanie do graanic: prawie dziewięćset dni podtrzymywał tych, którzy zostali w Madrycie. Nie był jedynym, który zachował wierność — inni trwali, jak mogli, w więzieniu lub w ukryciu, wszyscy podtrzymywani przez Escrivę — ale Isidorowi przypadła rola szczególna. Czerpiąc inspirację z dojrzałego ojcostwa, które widział w Ojcu, spalał się każdego dnia dla ludzi, których zaledwie znał od kilku lat, oraz dla ich rodzin.

Owa oddanie miało swoją cenę: on, który mógł udać się w bezpieczne miejsce, został i wyniszczył się całkowicie. Jednak dzięki jego stałej obecności ci ludzie dotknęli własnymi rękami faktu, że są naprawdę rodziną. Oto dziedzictwo Isidoro Zorzano: wierność złożona z drobnych gestów, w których wielu rozpoznało, bez wielkich słów, coś z ojcostwa Boga.

[1] Por. T. A. McDonough, Ordinary life, extraordinary living, Scepter Publishers, Nowy Jork 2024, str. 10-11 (dalej: OLEL).

[2] Por. OLEL, str. 10.

[3] W czerwcu 1936 roku wiernych Opus Dei było dwudziestu sześciu, a Isidoro był najstarszy stażem: por. J. L. González Gullón, Escondidos, Rialp, Madryt 2018, str. 11 i n. (dalej: ESC). Było to 21 mężczyzn i 5 kobiet. Za nim pod względem stażu szło pięciu profesjonalistów przyjętych między 1932 a 1934 rokiem (Juan Jiménez Vargas, José María González Barredo, Manuel Sainz de los Terreros, Ricardo Fernández Vallespín i Miguel Bañón) oraz piętnastu studentów.

[4] Por. OLEL, srt. 59.

[5] Por. OLEL, str. 93-94.

[6] Podczas wojny zamordowano 6806 kapłanów i zakonników: por. A. Montero Moreno, Historia de la persecución religiosa en España. 1936-1939, BAC, Madryt 1999, s. 760-763; cyt. w ESC, str. 38.

[7] Ojciec poszedł do kliniki doktora Suilsa 7 października 1936 roku: por. ESC, str. 73.

[8] Por. OLEL, str. 96.

[9] Por. ESC, str. 102-113.

[10] Por. OLEL, str. 99.

[11] Por. ESC, str. 132-133.

[12] Między 13 marca a 7 kwietnia 1937 roku schronienie w konsulacie Hondurasu znaleźli Álvaro del Portillo, Josemaría Escrivá, jego brat Santiago, Eduardo Alastrué i Juan Jiménez Vargas: por. ESC, str. 159 i n. Spodziewano się, że ewakuacja nastąpi między 8 a 10 kwietnia: por. ESC, str. 235.

[13] 29 marca Isidoro zanotował w swoim dzienniku: „Jeśli chodzi o ewakuację, jest dokonana” (ESC, str. 235).

[14] Por. OLEL, s.tr 130. Od lata 1938 roku również obywatele obcych państw musieli uzasadniać swoją obecność w Madrycie.

[15] Por. ESC, str. 245-246.

[16] Por. ESC, str. 245 i n.

[17] Przekroczyli z nim Pireneje Juan Jiménez Vargas, José María Albareda, Manuel Sainz de los Terreros, Miguel Fisac, Tomás Alvira, Francisco Botella i Pedro Casciaro: por. ESC, str. 311-313.

[18] Por. OLEL, str. 118.

[19] Choć schronił się z nim w konsulacie Hondurasu, Escrivá zdecydował, że Santiago powinien wrócić do domu, do matki i siostry i nie podejmować niebezpiecznej próby przekroczenia granicy.

[20] Por. OLEL, srt. 122.

[21] Por. OLEL, str. 116.

[22] Por. OLEL, str. 126.