Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (4)

Publikujemy czwarty odcinek biografii Ernesta Cofiño autorstwa José Luisa Cofiño, syna Ernesta. Książka składa się z siedemnastu listów José Luisa skierowanych do jego dzieci i opowiadających o ich dziadku.

Opus Dei - Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (4)

Czwarty list

Listopad 1999 r.

Kochani Jorge, Paola i Diego!

Zatrzymaliśmy się w początkach lat trzydziestych, za rządów Ubico — autorytarnego, bardzo kontrowersyjnego przywódcy, który wybudował wiele gmachów publicznych. Luján pisze, że „nie myślano o budowaniu szpitali, szkół, i tak dalej, tylko o budowie Pałacu Policji Państwowej, Pałacu Poczty, Głównego Urzędu Celnego, Terminala Lotniczego La Aurora, a przede wszystkim Pałacu Narodowego, najambitniejszego i rozbuchanego dzieła, rozpoczętego w listopadzie 1943 roku”.

Prezydent nadzorował osobiście każdy projekt. Dysponował liczną siłą roboczą — w pewnym stopniu bezpłatną — dlatego że wieloma murarzami byli pijacy schwytani w obławach dokonywanych w weekendy w knajpach, którzy płacili grzywnę dniami pracy.

Jego rządy miały wiele blasków i cieni. Jego najbardziej znany dekret o numerze 1995 wyzwolił tubylców z sytuacji bliskiej niewolnictwu. Do tego czasu „mozos colonos”* żyli podporządkowani swoim panom przy pomocy olbrzymich długów, których nigdy nie mogli spłacić. Byli to tak zwani „wyrobnicy za długi”.

Tym dekretem wszystkie takie długi zostały ostatecznie zlikwidowane. Jest zrozumiałe, że tubylcy nazywali Ubico Tata Presidente**, kiedy udawał się do różnych miejscowości, nadzorując drogi, rozstrzygając spory o ziemie i przyjmując wiele funkcji, szlachetnych samych w sobie, ale zupełnie mu nieprzysługujących.

Ubico zakazał związków zawodowych i organizacji robotniczych i ustanowił „prawo o drogach” zmuszające mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat do płacenia dwóch quetzali rocznie na utrzymanie i budowę dróg. Przy pomocy tego prawa ponownie zapewniono siłę roboczą, ponieważ tubylcy, którzy nie mogli zapłacić, zamieniali swój dług na dni pracy.

Tymczasem dziadek stopniowo wzrastał na niwie duchowej. Na przykład troszczył się o to, żeby wujowie i ciotki otrzymali chrześcijańską formację i zapisał ich do szkół kierowanych przez zakonników. Był to owoc nauk prababci Clotilde i dobrego przykładu mojej mamy.

Ja nie byłem złym człowiekiem — mówił mi po latach — ale moje obcowanie z Bogiem redukowało się w owym czasie do religii towarzyskiej — religii ślubów i pogrzebów.

Dziadkowie zwykle chodzili w niedziele na Mszę Świętą o dwunastej w katedrze i opowiadają, że dziadek nosił cukierki w torebce dla licznych dzieci z rodzin, z którymi się witał. Któż w owych latach nie znał w Gwatemali doktora Cofiño?

Przy okazji, opowiadano mi, że 28 grudnia któregoś roku wuj Leonardo — mąż ciotki Uki — spłatał mu wspaniałego figla*. Widział go rano podczas Mszy chodzącego z tacą i w południe zadzwonił do niego, zmieniając głos:

— Doktor Cofiño? Dzwonię w imieniu księdza arcybiskupa, z jak największą przykrością i całkowicie dyskretnie, ale proszę się natychmiast stawić, dlatego że nie zgadzają się rachunki z tacy.

Dziadek najpierw się zdziwił, a potem powiedział twardo:

— Słucham? Ja nigdy nie wziąłem niczego, co by do mnie nie należało! Zaraz to wyjaśnię!

Wtedy usłyszał w telefonie śmiech wuja Leonardo…

W tym czasie poznał Piedad García — wyjątkową kobietę, o której opowiem Wam już w innym liście. Ona przedstawiła go proboszczowi kościoła Św. Sebastiana, młodemu kapłanowi, który miał mieć decydujący wpływ na jego życie — księdzu Mariano Rossellowi.

Ksiądz Rossell — który udzielił mi Pierwszej Komunii Świętej — był o pięć lat starszy niż dziadek. Urodził się w Esquipulas w 1894 roku i został wyświęcony na kapłana w 1918 roku. Był wysokim i chudym mężczyzną o przenikliwym wzroku, bardzo gorliwym, który towarzyszył na wygnaniu arcybiskupowi Muñozowi y Capurón, usuniętemu z Gwatemali w 1922 roku.

Po pewnym czasie arcybiskup poprosił go, żeby powrócił do kraju — co było bardzo trudne — ponieważ rząd wydał ścisłe rozkazy, żeby zabronić mu wjazdu. Ksiądz Rossell uzbroił się w odwagę, udał się do Meksyku i wjechał pociągiem przez Ayutlán. Miał takiego pecha, że tuż po przejechaniu granicy wykoleił się pociąg. Wówczas, nie lękając się, że zostanie odkryty, opiekował się rannymi.

Udało mu się uciec. Jednakże władze dowiedziały się, że powrócił i zaczęły wszędzie go szukać. Znalazły go w Esquipulas i zaprowadziły stamtąd pieszo do więzienia w Chiquimula.

Po latach, już wolny, przybył do miasta Gwatemala, i przebywał w wielu parafiach. To wówczas opiekował się małym sierotą, Mario Casariego, który pracował jako pucybut.

Ksiądz Rossell i dziadek natychmiast się zaprzyjaźnili. Ksiądz Rossell stał się nie tylko proboszczem dziadka, ale również jego pacjentem i jednym z najlepszych przyjaciół. I to właśnie on… ale nie uprzedzajmy wypadków.

Jesteśmy już w 1934 roku, kiedy to mianowano dziadka dyrektorem medycznym Towarzystwa Ochrony Dziecka i „Szpitalika”. W dwa lata później, 25 czerwca 1936 roku, uzyskał katedrę z pediatrii, a w miesiąc później, jak można przeczytać w jego życiorysie, otrzymał katedrę wychowania dzieci. Był pierwszym profesorem pediatrii w Gwatemali i wszyscy znają go jako ojca gwatemalskiej pediatrii.

Tymczasem, w okresie między 1934 a 1938 rokiem, prezydent Cárdenas doprowadził do wywłaszczenia zagranicznych przedsiębiorstw ropy naftowej działających w Meksyku, Hiszpania wykrwawiała się w wojnie domowej, Rzesza Niemiecka anektowała całe kraje, Japończycy wypowiedzieli wojnę Chinom…

Ten międzynarodowy kryzys miał swoje konsekwencje dla kraju. Rząd ściśle pilnował nauczycieli, adwokatów i lekarzy, ogółem — intelektualistów — których uważał za ewentualne „ogniska wywrotowe” i „pasy transmisyjne idei z zagranicy”.

Dziadek, który znosił reżim Estrady i wychowywał się na wolności w Paryżu, nie mógł czuć się komfortowo w owym represyjnym systemie, który ostatecznie zmilitaryzował w 1939 roku wszystkie szkoły średnie. Gęste sieci szpiegów ponownie kontrolowały telegraf i korespondencję Gwatemalczyków.

Dziadek postępował roztropnie, w zależności od sytuacji, ale bez żadnej służalczości, starając się rozwijać prywatne inicjatywy, na które pozwolił mu reżim, chociaż odrzucał jego autorytarne metody.

Nie opowiadał się za żadnym ustrojem ani partią polityczną i to nie z powodu braku zainteresowania kwestiami społecznymi. Przeciwnie — jego głęboko społeczna postawa była posłuszna istotnej racji. Uważał, że w tak konfliktowym i zradykalizowanym społeczeństwie jak tamto jako lekarz powinien mieć zawsze ręce otwarte na wszystkich.

10 stycznia 1939 roku wygrał konkurs na stanowisko ordynatora oddziału Szpitala Św. Jana Bożego. Jego przybycie wywarło pewne poruszenie, ponieważ w owym szpitalu byli ordynatorzy, którzy zjawiali się o jedenastej rano i zaczynali chodzić… Dziadek stawiał się punktualnie o szóstej trzydzieści i wymagał od personelu, żeby przestrzegał ustanowionego rozkładu. Ależ to była zmiana! Pewien jego kolega opowiada, że owe środki okazały się dramatyczne dla niejednego.

Jak pisze Gustavo González, „wymagał całkowitej uwagi w stosunku do tego, co robi się w danej chwili, powagi i odpowiedzialności od osoby, która nie chce bawić się ludzkim życiem. Nie było ważne, czy chodziło o umierającą dziewczynkę z San Juan Chamelco czy z San Luis las Carretas*, czy też o dziecko ze stolicy o znamienitym nazwisku. Wymagał, żeby wszystkim poświęcano właściwą uwagę, jeśli chodzi o podawanie właściwych leków, w dokładnej dawce i odpowiednim momencie, przepisane odżywianie i obserwację, żeby śledzić przebieg choroby”.

Wkrótce później, 26 kwietnia 1939 roku, jego wielki przyjaciel Mariano Rossell został wyświęcony na biskupa Gwatemali. Dla dziadka oznaczało to głęboką radość i nadal pomagał mu w jego staraniach.

O następnym okresie, o dekadzie lat czterdziestych, mam niewiele danych, zwłaszcza o latach 1940-1946. Była to epoka w której cały świat wykonał dramatyczny zwrot. Wybuchła druga wojna światowa, przeczuwana i zapowiadana przez wielu. Dziadek pracował wówczas jako dyrektor medyczny Towarzystwa Ochrony Dziecka i był uznanym lekarzem w społeczeństwie gwatemalskim, o rosnącym wpływie w środowiskach uniwersyteckich.

Postanowił odpowiedzieć na problemy zdrowotne, które wynikały z głębokich upośledzeń kulturalnych. Większość indiańskich kobiet była analfabetkami, a w szkołach stosowano pamięciową metodę nauczania, niedostosowaną do mentalności Indianek, przyzwyczajonych do „nauki podczas pracy” (teraz dochodzi się do drugiej skrajności: uczy się ich niewielu rzeczy na pamięć, podczas gdy pamięć trzeba ćwiczyć, dlatego że jest niezwykle ważnym narzędziem). Zajmijmy się jednak dalej naszymi sprawami.

Wskaźnik śmiertelności, zarówno ogólny, jak i śmiertelności wśród dzieci, był bardzo wysoki. Wciąż istniał stary problem podziału ziemi. Krajowa produkcja nadal była skupiona na bananach i kawie, z silną zależnością od zagranicznego kapitału.

To postawiło rząd w paradoksalnej sytuacji, kiedy wybuchła II wojna światowa, ponieważ prezydent sympatyzował z ideologią rządu niemieckiego, który był jednym z głównych eksporterów naszej kawy. Niemieccy plantatorzy kawy stanowili jedną z najpotężniejszych grup w kraju. Z drugiej strony Ubico był zaangażowany w interesy gospodarcze i polityczne Stanów Zjednoczonych.

Na koniec te interesy amerykańskie zwyciężyły i rząd Gwatemali był jednym z pierwszych, który poparł USA po japońskim ataku na Pearl Harbor. 8 grudnia 1941 roku wypowiedział wojnę Japonii, a 11 grudnia — Włochom i Niemcom.

Dziadek — człowiek pokoju — cierpiał, myśląc o starej Europie, która ponownie poznała nieszczęścia wojny. Hitler spacerował po Polach Elizejskich, a niemieckie wojska zajmowały Paryż.

Co się stało z jego nauczycielem Robertem Debré, tak wielkim patriotą, i jego kolegami ze szpitala?

Rok 1942 był pełen radości i smutków. 6 sierpnia nastąpił wstrząs, który dotknął szpitala dla dzieci. Pewien ksiądz apostata publicznie oczerniał Mons. Rossella i antykatolicka prasa wykorzystała okazję do ataku na Kościół.

Jednak pojawiły się nie tylko nieszczęścia. 5 września rozpoczął się jeden z najważniejszych projektów jego życia: Kolonia Dziecięca w San Juan Sacatepéquez*, pod auspicjami Klubu Lwów, gdzie pracował przez czternaście lat.

W 1944 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych na kursie, zaproszony przez Departament Stanu, żeby poznać ostatnie światowe postępy w ochronie dzieci. Jeśli chodzi o tę podróż, wiem tylko o jego udziale w Międzynarodowym Kongresie Pediatrii w Nowym Jorku i pobycie na trzech prestiżowych uniwersytetach, na których pracował z osobami numer jeden w jego specjalności.

Przebywał na Duke University, jako zagraniczny asystent, u profesora W. Davidsona, na Minneapolis University, u profesora Irvinga McQueriego, a także w słynnej Klinice Mayo, u profesora Helmholza.

Wrócił w 1945 roku. Doktor de la Riva, który był wówczas młodym lekarzem rezydentem, opowiadał, że kiedy dowiedzieli się o tym niektórzy lekarze rezydenci, poprosili, żeby przenieść ich na inny oddział, ponieważ, jak mówili, „doktor Cofiño był bardzo surowy”.

Nie brakowało im racji. Dziadek nie tolerował braku punktualności, bylejakości, zniechęcenia, ani pracy wykonywanej niedbale. Nie był perfekcjonistą — próbował tylko wykonywać jak najlepiej swoją pracę. Wymagał dużo od samego siebie i wymagał dużo od swoich współpracowników.

W tym, jak i w tylu innych rzeczach, podążał śladem swojego mistrza Debré. Ściśle studiował każdą historię kliniczną, konsultował się z odpowiednimi specjalistami, wnikliwie badał dzieci. De la Riva pamięta go jako dyrektora medycznego „bardzo wrażliwego i zawsze gotowego do pomocy innym. U jego boku oddychano nauką w stylu francuskim”.

Nie wiem, co rozumiał De la Riva przez „naukę w stylu francuskim”, ale posłuchajcie. Ja jestem wykładowcą uniwersyteckim i zapewniam Was, że nie jest łatwo zrobić to, co zrobił dziadek. Rozpoczynać od zera w swojej dziedzinie zawodowej i ostatecznie zmienić całą mentalność, stworzyć szkołę, kształcić uczniów, kierować różnymi liniami badawczymi, być na bieżąco z najnowszymi publikacjami i postępami i oferować uczniom aktualną i praktyczną naukę.

Osiągnął te cele dzięki swojemu naukowemu przygotowaniu, swojej inteligencji i pracowitości. I bardzo pomogła mu naturalna sympatia, jego umiejętność obcowania z ludźmi i jego wyjątkowy talent organizacyjny.

Kiedy dziadek przebywał w USA, 21 czerwca 1944 roku w Gwatemali miała miejsce wielka studencka rewolta przeciwko rządowi, który zawłaszczał władzę od trzynastu lat.

Następnego dnia grupa obywateli przekazała prezydentowi słynny Memoriał 311, w którym żądali „przywrócenia zawieszonych gwarancji, żeby naród mógł niezwłocznie cieszyć się pełnią swoich praw konstytucyjnych”. W niedzielę 25 czerwca odbyły się dwie inne demonstracje, brutalnie stłumione przez kawalerię.

Byli zabici i ranni. W tej sytuacji Ubico ogłosił swoją rezygnację. Jednak zamiast zrobić to przed zgromadzeniem parlamentarnym przekazał władzę swoim stronnikom, którzy utworzyli triumwirat wojskowy złożony z Ponce, Villagrána i Piñedy.

Powrócili wygnańcy i utworzono liczne partie polityczne z różnymi kandydatami: Recinosem, Arévalo, Ponce…

Wyznaczono wybory nowego prezydenta w bardzo ożywionym klimacie wyborczym na dni 17, 18 i 19 grudnia. 1 października zamordowano dyrektora gazety El Imparcial i w dwadzieścia dni później doszło do puczu grupy wojskowych i cywilów, która objęła władzę po krwawym boju.

Następnie ustanowiono juntę rewolucyjną, utworzoną przez cywila Torriello i wojskowych Aranę i Arbenza.

Dziadek nadal rozwijał niezwykle szeroko zakrojoną pracę zawodową. Był członkiem honorowym Northwest Pediatric Society, dyrektorem Narodowej Walki z Gruźlicą w latach 1945-1946, delegatem Gwatemali w Międzyamerykańskim Instytucie Dziecka przez dziesięć lat, członkiem założycielem i pierwszym prezesem Pediatrycznego Stowarzyszenia Gwatemali oraz częstym uczestnikiem licznych międzynarodowych kongresów w San José, Tegucigalpie, Managui, Atlantic City, Nowym Jorku, Hawanie, Monterrey, Nancy…

Poza tym pracował przy reorganizacji Szpitala Przeciwgruźliczego Św. Wincentego o pojemności pięćdziesięciu łóżek, który rozpoczął działalność w kwietniu 1943 roku i dzięki jego pracy potroił liczbę pacjentów. W tym szpitalu, jak wspominał Clemente Marroquín, dawny kolega z instytutu, dziadek miał decydujący głos.

„Jak wiadomo, szpital Św. Wincentego jest przeznaczony wyłącznie dla gruźlików lub suchotników, jak nazywa się ofiary białej zarazy. Zgodnie z tym, czego mogliśmy się dowiedzieć, nie był to szpital, tylko przerażająca nora. Pacjenci przebywali tam na oddziałach, które wydawały się lochami, co oczywiście przyspieszało śmierć chorych, którzy poza lekarstwami potrzebowali powietrza, pożywienia i odpoczynku (…). Otóż doktor Cofiño, który jest aktywny, przedsiębiorczy, a przede wszystkim kompetentny, dał szpitalowi nowe życie.

Wydobył chorych z lochów i zaczął ich odżywiać, dostarczać im rozrywki, uprzyjemniać im życie. Utworzył sale dla dzieci chorych na gruźlicę, wprowadził liczne nowe usługi, w kilka lat później gazeta Nuestro Diario stwierdziła, że to sanatorium zawdzięcza mu niemal wszystko”.

Możecie sobie wyobrazić radość dziadka, kiedy dowiedział się, że siły aliantów wyzwoliły Paryż (dowiedział się o tym, oczywiście, z radia i gazet; telewizji wówczas nie było!).

Alejandro Deutschmann, który miał wtedy około piętnastu lat, pamięta dzień, w którym dziadek, blisko zaprzyjaźniony z jego rodziną, przybył do domu z paczką zawiniętą w papier do pakowania prezentów i powiedział do niego:

— Powiedz twojemu tacie, żeby zszedł i spotkał się ze mną w jadalni…

Zeszli rodzice Alejandra (bardzo związani z Francją, dlatego że jego mama tam studiowała, a jego tata miał francuskie wykształcenie), a także Jorge Herrera i Humberto Garabito.

Wtedy dziadek wielce uroczyście rozwinął paczkę. Była to butelka francuskiego wina — prezent od ojca dziecka, któremu uratował życie.

Napełnił kieliszki i z radością wznieśli toast z okazji wyzwolenia Paryża.

— Vive la France!

— Vive la France!

Ta miłość do Francji i kultury francuskiej wiodła go przez całe życie, które dotarło do decydującego roku — 1946.

Jednakże, jeżeli pozwolicie, ten temat zostawimy na następny list.

Z wielką miłością

Tata



* Rodzaj chłopów pańszczyźnianych (przyp. tłum.).

** Dosł. ‘Tata Prezydent’ (przyp. tłum.).

* W krajach hiszpańskojęzycznych 28 grudnia płata się figle podobnie jak w Polsce na 1 kwietnia (Prima Aprilis) (przyp. tłum.).

* San Juan Chamelco — miasto w środkowej Gwatemali, w departamencie Alta Verapaz, liczące około 21 tys. mieszkańców; San Luis las Carretas, wioska w departamencie Sacatepéquez. Tutaj prawdopodobnie jako symbole niewielkich miejscowości gwatemalskiej prowincji (przyp. tłum.).

* Miasto w departamencie Gwatemala (przyp. tłum.).