Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (3)

Publikujemy trzeci odcinek biografii Ernesta Cofiño autorstwa José Luisa Cofiño, syna Ernesta. Książka składa się z siedemnastu listów José Luisa skierowanych do jego dzieci i opowiadających o ich dziadku.

Opus Dei - Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (3)

Trzeci list

15 września 1999 r.

Kochani Jorge, Paola i Diego!

Chwytam ponownie za pióro. W 1929 roku, siedemdziesiąt lat temu, dziadek powrócił do Gwatemali. Nie wiem, w którym to było miesiącu. Ciotka Clarita wspomina tylko, że ona i ciocia María „miały na głowie bereciki w hiszpańskim stylu”. Musiało to być w grudniu, dlatego że dyplom doktorski nosi datę 8 listopada.

Pisał: Kończył się rok 1929. Przybyłem po długiej podróży statkiem, po jedenastu latach rozłąki. Odżyła moja miłość do rodziny, do ziemi, do naszych zwyczajów… ale równocześnie nie znikła tęsknota za Paryżem.

Ta tęsknota za Paryżem i za Francją towarzyszyła mu przez całe życie. Nigdy nie zapomniał o kraju, wobec którego zaciągnął dług miłości — mówił — który wciąż jest dla mnie świeży, jak konwalia, kwitnąca wiosną w Paryżu.

Przez owych jedenaście lat miasto Gwatemala potroiło liczbę mieszkańców do 250 tysięcy, chociaż zachowało wiele starych tradycji. Życie towarzyskie, na przykład, krążyło nadal wokół salonów, gdzie odbywały się długie wieczorne spotkania, na których śpiewano przy akompaniamencie fortepianu albo akordeonu.

Miasto podniosło się z trzęsienia ziemi. Odbudowano wieże katedry, ale — pisał z bólem dziadek — w tamtym okresie był niemal marazm, od kiedy stamtąd wyjechałem, rozwój był pozorny.

Jego przyjaciele zaznajomili go z aktualną sytuacją. Nie obchodzono już minerwaliów, jak w czasach Estrady, chociaż pozostawało upodobanie do defilad, które trwa nadal. Prezydentem był Lázaro Chacón, wojskowy ze wschodniej Gwatemali, a klimat polityczny nadal był niestabilny. We wrześniu tamtego roku wybuchło powstanie, stłumione po kilku tygodniach, co spowodowało, że w kraju do marca panował stan wojenny.

Niektórzy dziwili się, widząc ponownie dziadka. Po co wracał? W Paryżu był już ustawiony, a tutaj… Wskaźnik analfabetyzmu był bardzo wysoki. Brakowało szkół i książek. Było niewielu nauczycieli, źle przygotowanych i jeszcze gorzej wynagradzanych.

A jeśli chodzi o uniwersytet, nie ma o czym mówić. Było lepiej, żeby zapomniał o Sorbonie! Nie było specjalistów z dziedziny radiologii. Szpital Generalny nie miał pawilonu do izolowania chorych zakaźnie…

Mimo znakomitego naukowego przygotowania dziadka jego zawodowe początki w Gwatemali nie były drogą usłaną różami, ponieważ we Francji mógł być tym, kim był, ale tutaj był nikim.

Nikim, który w wieku trzydziestu jeden lat pragnął uniezależnić się finansowo. Co robić?

— Ernesto — powiedział jego starszy brat, wuj Chepe — wynajmij klinikę w dobrym miejscu, a ja ci pomogę. Zapłacisz mi, kiedy będziesz mógł!

Założył klinikę, w której pełen nadziei umieścił metalową tabliczkę przy drzwiach: Ernesto Cofiño. Lekarz. Zapiął na sobie długi biały fartuch — jeden z tych dawnych fartuchów, który sięgał prawie do ziemi — i zabrał się do przyjmowania pacjentów.

Jednakże pacjenci nie przychodzili. Kiedy wuj Chepe się o tym dowiedział, zaczął dzwonić do swoich przyjaciół:

— Iksiński, zrób mi przysługę: pójdziesz do kliniki mojego brata i poprosisz go, żeby cię zbadał.

— Ależ ja się świetnie czuję!

— Nie szkodzi! Niech cię zbada na cokolwiek! Masz, weź te quetzale i zapłacisz za wizytę. I niech ci nie przyjdzie do głowy mówić, że przychodzisz ode mnie!

I tak, z pomocą wuja Chepe i dzięki ciężkiej pracy, wyrobił sobie prestiż. Brał 25 centavos za wizytę i odbywał wizyty domowe, lecząc wszelkie choroby, nie tylko dziecięce.

W Gwatemali nie było specjalności pediatrii. Dziecko uważano za dorosłego w miniaturze i niektórzy koledzy ze „starej szkoły” przyjęli go źle. „Czegóż mnie może nauczyć ten młodzieniaszek — mówili — mnie, który praktykuję dziesiątki lat?” Pediatra gwatemalska opierała się na wiedzy z początków wieku… a on przybywał z jednego z najnowocześniejszych szpitali świata!

Stopniowo torował sobie drogę pośród tysiąca trudności. Pierwsze kroki w zawodzie nie były ani trochę łatwe! Manuel Tilve opowiada, że niektórzy stawiali przed nim przeszkody, kiedy chciał uzyskać prawo wykonywania zawodu. Musiał ponownie zdać egzamin 28 lutego, żeby praktykować. 4 marca 1930 roku przyznano mu prawo wykonywania zawodu jednogłośnie.

Zaczął współpracować w 1931 roku jako czynny członek z Towarzystwem Ochrony Dziecka, instytucją prywatną utworzoną przez różnych lekarzy w celu opieki nad ubogimi dziećmi. Towarzystwo zbudowało w 1928 roku ambulatorium z 12 łóżkami, które nazywano „szpitalikiem”.

W 1932 roku mianowano go szefem Kliniki Oddziału Medycyny Dziecięcej Szpitala Św. Jana Bożego i, zgodnie z treścią jego życiorysu, nadal publikował prace badawcze na temat chorób dziecięcych, niedodżywienia i gruźlicy.

Tymczasem skomplikowała się sytuacja polityczna. Generał Chacón doznał wylewu krwi do mózgu 10 grudnia 1930 roku, a dwa dni później Rada Ministrów wyznaczyła na tymczasowego prezydenta Baudilia Palmę.

Wykorzystując koniunkturę, różne grupy polityczne próbowały obalić reżim. Doszło do krwawych walk w stolicy, w których zginął Maurio de León, wiceprezydent, a Palma musiał się schronić w poselstwie niemieckim.

17 grudnia 1930 roku zastąpił go — jako tymczasowy prezydent — generał Orellana. Po nim nadszedł Reina Andrade. Ten zwołał wybory, w których wyniku do władzy doszedł inny generał, Jorge Ubico, który w jednym ze swoich pierwszych dekretów zniósł ograniczoną autonomię, jaką osiągnął uniwersytet, aby zapobiec propagowaniu idei dywersyjnych. Zastosowanie takiego środka odzwierciedla jego idee polityczne.

Jednak o Ubico będziemy mówić potem. Teraz porozmawiajmy na inny temat, ponieważ życie nie kończy się na pracy i polityce.

Dziadek był dobrze sytuowanym trzydziestolatkiem o dobrej prezencji. Stanowił, jak się kiedyś mówiło, dobrą partię. Był młody, sympatyczny, pracowity i miał przed sobą obiecującą przyszłość. Pragnął się ożenić, ale brakowało mu czasu, dlatego że zawsze był zajęty swoimi chorymi…

Aż pewnego dnia, w grudniu 1930 roku, kiedy rozmawiał w aptece z pewnym przyjacielem, Rafaelem Barnoya — kawalerem jak on sam — zobaczył przechodzącą szóstą aleją dwudziestoletnią dziewczynę, wysoką, o czarnych włosach i bardzo ładnych oczach.

— Cześć, Clemencia! — powiedział Rafael.

— Cześć, Rafael! — powiedziała ona z niejaką nieśmiałością, przechodząc w oddali.

Dziadek patrzył na nią. Widział, że jest taka surowa, tak bardzo poważna…

Któż to?

— Nie znasz jej? Clemencia Samayoa!

Kiedyś w określonych środowiskach znali się wszyscy. Ciotka Uca opowiada, że po nazwisku natychmiast cię kojarzyli: „Aha, Iksiński! To syn tego i kuzyn tamtego!” Przyjaciel dziadka — Rafael — zapewne opowiedział mu, że Clemencia to młoda nauczycielka z Quetzaltenango, że jej siostra nazywa się Uca i że… ale lepiej będzie, żebym przepisał Wam to, co ciotka Uca zapisała na temat tego spotkania.

— Jaka piękna dziewczyna! — krzyknął Ernesto na jej widok (i była to prawda, ponieważ Clemencia była śliczną dziewczyną — drobniutką, malutką — niższą niż ja, chociaż byłam od niej o cztery lata młodsza — i miała piękne oczy, o głębokim i pogodnym spojrzeniu).

— Posłuchaj, Rafael — powiedział. — Ze wszystkich dziewcząt, które przechodziły, to pierwsza, która nie kokietuje mężczyzn… Czy nie mógłbyś mnie jej przedstawić?

— Z miłą chęcią — powiedział Rafael — ale nie powiem ci, żeby przyszła się tu z tobą zobaczyć! Będziemy musieli poszukać jakiejś okazji. Chociaż… dlaczego nagle tak się nią zainteresowałeś?

— Dlatego że przeczuwam, Rafael… Przeczuwam, że ożenię się z tą dziewczyną!

Zbliżał się Nowy Rok i był wówczas zwyczaj, że spędzano Sylwestra w Klubie Niemieckim, na uroczystym balu.

— Bardzo dobrze. Skoro chcesz — powiedział Rafael, dosyć zdziwiony — pójdziemy do Klubu Niemieckiego i jeżeli ona przyjdzie, a prawie zawsze przychodzi, przedstawię cię…”.

I poszli na bal do Klubu Niemieckiego, który znajdował się przy 11 ulicy i 5 alei strefy 1 i był bardzo znany z wieczorków z kameralnymi koncertami, które organizował. Ciotka Uca opowiada dalej:

«— Tam jest! Widzisz? — powiedział Rafael do Ernesto, kiedy nas zobaczył. — Przyszła? A nie mówiłem!

Był to bal z innych czasów… Muzyka, którą lubiliśmy, była bardzo rytmiczna i przyjemna, bez tych obecnych skoków i krzyków. Wszystko odbywało się zgodnie z zasadami etykiety: ze spokojem, bez pośpiechu… Przetrwały niektóre zwyczaje o europejskim posmaku — to, co jeszcze nam pozostawało z Hiszpanii… Na przykład, etykieta nakazywała, żeby pary zmieniały się przy każdym tańcu.

Po zakończeniu jednego z tańców Rafael podszedł do nas i powiedział:

— Clemencia, przedstawiam ci mojego przyjaciela Ernesto, który właśnie przybył z Francji, gdzie został lekarzem na Sorbonie.

Tak jakbym go widziała: wysoki, przystojny, rosły, elegancki, w sztywnym kołnierzyku o niepokalanej bieli, wystającym ponad ciemny krawat, z owym tak szczególnym uśmiechem i savoir faire

— Przeznaczy mi pani ten taniec? — zapytał Ernesto. Clemencia zgodziła się jak zawsze: była pełna prostoty, trochę z dystansem. Właśnie skończyłam szesnaście lat i obserwowałam uważnie tę scenę.

Zaczęli tańczyć. Był to całkowity kontrast. Ona była dwudziestolatką, niemal nastolatką, a on — dojrzałym mężczyzną po trzydziestce. Ona była nieśmiałą nauczycielką z Quetzaltenango, on — przyszłą nadzieją w dziedzinie medycyny, laureatem srebrnego medalu szpitali paryskich! Ona nie znała prawie nic, on zaś był człowiekiem światowym i widać to było u niego we wszystkim: w sposobie przedstawiania się, mówienia, uśmiechania…

Na koniec Ernesto zapytał go, czy przeznaczy mu najbliższy taniec. I tańczyli następny i następny, i następny na zmianę: jeden tak, drugi nie. I zawsze, przy ostatnim takcie, Ernesto mówił do niej:

— Tutaj, w tym miejscu, będę na panią czekał. Proszę przeznaczyć mi następny taniec…

I czekał na nią, nie ruszając się ze swojego miejsca jak uczeń. Oczywiście, uczeń z dawnych czasów! Owej nocy rozmawiali o tysiącu spraw: ona, o kolegium Minerwy, gdzie się uczyła, on zaś o Sorbonie i o wielkich miastach, które poznał…

Ona była olśniona. Jest to zrozumiałe: między nimi było jedenaście lat różnicy (on był z 1899, a ona z 1910 roku) i była prawie dziewczynką.

Była do tego stopnia dziewczynką — obie byłyśmy dziewczynkami — że nie później niż o dwunastej musiałyśmy być w domu. On poprosił ją, żeby zatańczyć kolejny raz, ale Clemencia, patrząc na zegarek, powiedziała bardzo poważnie:

— Ja się już pożegnam. Dobrej nocy!

— Proszę jeszcze nie odchodzić, proszę poczekać, panno Clemencio.

— Bardzo mi przykro, ale w domu oczekują nas przed dwunastą.

— Bardzo dobrze. A gdzie będę mógł panią znowu zobaczyć?

Cała ta opowieść była tak romantyczna. Choćby pragnęło się zobaczyć kogoś ponownie, trzeba było odpowiedzieć z pewnym lekceważeniem, jakby z zupełną obojętnością… Były to lata trzydzieste, a mnie wydaje się to sceną z romantycznej powieści z XIX wieku. Jednakże nasze pokolenie, w Gwatemali, było wychowane w ten sposób. Co za czasy! Wydawaliśmy się ludźmi z innej epoki i być może nimi byliśmy, dlatego że żyliśmy w świecie tak odmiennym od dzisiejszego!

Ona nie mogła powiedzieć, że nie, ponieważ była oczarowana — ja uważam, że na tym balu zakochali się w sobie — ale nie mogła również powiedzieć, że tak, dlatego że gra polegała na tym, żeby dać się prosić, na tym, żeby zmuszać do czekania… A zatem odpowiedziała mu:

— Zobaczymy się gdziekolwiek: spotkaliśmy się przypadkowo i przypadkowo spotkamy się ponownie…

Natomiast w trzy dni później — wiem to wszystko, dlatego że ona mi to opowiedziała, a poza tym ja śledziłam wszystko bacznym okiem — przy wejściu do szkoły, o czwartej po południu, Ernesto czekał na nią na rogu, jakby był piętnastoletnim uczniakiem. Odprowadził ją do domu, a na zakończenie zapytał:

— Czy jutro mogę panią odprowadzić?

— Cóż… — odpowiedziała Clemencia, trochę niezdecydowana — dobrze.

I odprowadził ją jednego i kolejnego dnia do drzwi domu — naturalnie, nie wchodząc do środka — aż pewnego dnia spotkał się na ulicy z jej tatą. „Doktorze Cofiño! Co pana tutaj sprowadza?”. I tata Clemencii, zgodnie z logiką, zaprosił go do domu. Clemencia była przerażona.

Zawołano mamę — mnie nie, miałam szesnaście lat i się nie liczyłam — i od tej chwili Ernesto zaczął przychodzić do domu i rozpoczęły się przejażdżki tym pięknym packardem, którym jeździł, teraz nie ma już tej marki — samochodem, który podarował Ernesto jeden z jego braci.

Była to pierwsza miłość. Dla niej, naturalnie! Dla Ernesto, oczywiście, nie…».

Co chciała powiedzieć ciotka Uca tym zdaniem: „dla Ernesto, oczywiście, nie”? No cóż… nie wiem. O tym nigdy z dziadkiem nie rozmawiałem. Powiedział mi tylko raz, przy okazji, kiedy byłem narzeczonym mamy, że najpiękniejszym okresem w życiu kobiety jest narzeczeństwo.

Bardzo się między sobą różnili, chociaż pod pewnymi względami byli do siebie bardzo podobni. Mieli bardzo nowoczesny charakter jak na ich czasy: śmiali, przedsiębiorczy, bez przesądów, tolerancyjni, wykształceni… Babcia była wybitną uczennicą Szkoły Minerwy w Quetzaltenango, dokąd uczęszczały uczennice z „najlepszych rodzin” w mieście.

Mówiłem Wam już, że w tamtym czasie było rzadkością, żeby kobieta studiowała. Wielu uważało, że jeżeli umieją zajmować się domem i grać na fortepianie, jest to wystarczające. „Jednakże Clemencia była inna — opowiada ciotka Uca — i zawsze pragnęła się uczyć, rozwijać się, być użyteczną… Była jedną z niewielu uczennic, jeśli nie jedyną, spośród swoich koleżanek, która uzyskała magisterium”.

Dziadek chciał się żenić natychmiast, po dwóch miesiącach, „ponieważ był zawsze bardzo niecierpliwy”, mówi ciotka Uca.

Musiał być trochę niecierpliwy, ale nie działał na łapu-capu. Lubił robić rzeczy we właściwym czasie. Podziwiałem to, że w latach osiemdziesiątych nadal używał Remington Portable — tej samej maszyny, na której napisał swój doktorat pięćdziesiąt lat wcześniej, którą na dodatek zachowywał w doskonałym stanie. Za każdym razem, kiedy kończył pracę, chował maszynę ze spokojem i ostrożnością w futerale. I tak ze wszystkim.

Sądzę, że chciał ożenić się natychmiast nie z powodu niecierpliwości, tylko dlatego że był przekonany, że odnalazł kobietę swojego życia: przepiękną dziewczynę, o czystych obyczajach, wykształconą, łagodną, inteligentną.

Jednakże musiał poczekać, ponieważ 11 listopada 1932 roku umarła po długiej chorobie w wieku 66 lat prababcia Clotilde.

Prababcia prosiła, żeby na znak pokory po śmierci złożono jej ciało na podłodze. Nie chciała wystawnego pogrzebu. To tłumaczy, że kiedy moja mama przybyła do domu, żeby złożyć kondolencje, widząc prababcię w takim stanie, a nie znając przyczyny, czyniła dziadkowi wyrzuty, ponieważ wydawało jej się to brakiem miłości…

Pochowano ją na Cmentarzu Generalnym. Za każdym razem, kiedy idę pomodlić się na jej grobie, proszę, żeby wstawiała się za nami, ponieważ prababcia Clotilde poprzez swoją wiarę i męstwo była chrześcijańskim fundamentem dziadka i całej naszej rodziny.

Kontynuujmy naszą historię. Zostawiliśmy dziadków tuż przed ślubem. Jak nakazywała tradycja, dziadek „przygotowywał dom dla narzeczonej”, wspomagany przez swoich braci. I kiedy to robił, babcia zachorowała na dur rzekomy, śmiertelną wówczas chorobę.

Wyobraźcie sobie jego ból i przygnębienie. „Najpierw moja matka — musiał pomyśleć — a teraz moja narzeczona”. Dołożył dostępnych mu starań. Udał się do najlepszych specjalistów. Modlił się…

Owe nieszczęścia oczyściły jego duszę i miłość do Chrystusa zawładnęła jego sercem, coraz bliższym Krzyżowi.

Babcia została uleczona i wreszcie, po długiej rekonwalescencji, 21 maja 1933 roku dziadkowie pobrali się w kaplicy Hospicjum Państwowego. Był to „dzień niezwykłego gorąca — wspomina ciotka Uca. — Ona szła niezwykle piękna w swojej zwiewnej sukni, a on u jej boku wydawał mi się bardziej niż kiedykolwiek wielkim panem”.

Świeżo poślubieni zamieszkali przy 13 ulicy i 2 alei strefy 1, w bardzo słonecznym dwupiętrowym domu, z podwórzem przepełnionym jaśminami, geranium i azaliami, jak wspomina ciotka Uca.

W tym domu, znajdującym się bardzo blisko Wydziału Medycyny, zadebiutowało wiele spośród tych mebli: to biurko, przy którym piszę, fotele ze lwami z salonu, biblioteka, salonik przy wejściu w stylu Ludwika XV, cała jadalnia, zegar z wahadłem, który był ślubnym prezentem od pradziadka…

Tam dziadek założył swoją prywatną klinikę. Kuzynka Mercedes opowiada, że miał ściany przychodni udekorowane zdjęciami dzieci, które leczył. Wysyłali mu je wdzięczni rodzice.

Dziadkowie byli bardzo szczęśliwi w małżeństwie i od początku wspaniale się rozumieli.

„Miał bardzo dobry charakter — pisze ciotka Uca. — Był sympatyczny, wesoły, energiczny. Był człowiekiem dobrym, ale wychowanym po dawnemu. Wówczas mężczyzna był królem i panem domu, i robiono wszystko to, co powiedział. To zaś, co powiedział, stanowiło ostatnie słowo…

Niemniej jednak, nie było między nimi problemów, dlatego że bardzo ją kochał i starał się zawsze utrzymywać ją w jej środowisku, bardzo zadbaną, bardzo dopieszczoną szczęściem.

To ciekawe. Czasami odmienne charaktery się zderzają, innym razem się uzupełniają. Tak właśnie było w tym przypadku. To ona łagodziła jego kolce i wygładzała stopniowo jego wady. Dlatego że to on dominował. Był przyzwyczajony do rozkazywania, tak żeby nikt mu nie szemrał, a ona łagodziła go jednym zdaniem, jednym spojrzeniem.

I tak stopniowo Ernesto się zmieniał… a Clemencia też, dlatego że u jego boku dojrzała i stała się kobietą. Być może na początku on traktował ją trochę jak córkę, z głębokim uczuciem ojcowskim i opiekuńczym i starał się o nią dbać, chronić ją, dlatego że ona była czystą niewinnością a on… on przybywał bardzo dobrze wychowany po swoim długim pobycie w Europie, w Paryżu, gdzie żył życiem, owszem, skromnym i przyzwoitym, ale był wolny jak ptak!

W owych czasach miodowego miesiąca zachwycało go życie towarzyskie. Pójść na tańce, uczestniczyć w wieczorkach towarzyskich i spotkaniach i bywać w towarzystwie, pójść na jeden kieliszek, ale nie więcej, i zawsze z Clemencią.

W ten sposób zmieniali się oboje — on przystosowywał się do niej, a ona do niego. Na tym właśnie polega małżeństwo: jest to ustępowanie, nauka kochania drugiej osoby taką, jaka ona jest, a nie jaka, chcielibyśmy, żeby była, wzajemne wspomaganie się w tym, co dobre.

Oni oboje zaś mogli dzielić wiele dobrych rzeczy. Clemencia była bardzo cnotliwa, miała wielkie i hojne serce. Umiała przebaczać, umiała zapominać. To zaś jest bardzo ważne w małżeństwie. Umiała wspierać Ernesto we wszystkim… Co stałoby się z Ernesto, gdyby zamiast spotkać niewiastę, która była w stanie zostać magistrem w dziedzinie pomocy socjalnej, żeby lepiej mu pomagać, zetknąłby się z lekkomyślną kobietą, która myślałaby tylko o swoich kaprysach, albo z kobietą drażliwą, albo…?

Mówią, że miłość nie polega na patrzeniu sobie w oczy, tylko na umiejętności spoglądania przez oboje w tym samym kierunku. To właśnie uczyniła Clemencia: nauczyła się patrzeć w tym kierunku, w którym patrzył on, i miłowała go, miłując to, co miłował on.

Ten dominujący charakter Ernesto miał drugą stronę medalu: jego wielkiego ducha samodoskonalenia się. I zaraził nim Clemencię. On widziała, jak na początku Ernesto nie wyrażał się bardzo dobrze, ale nauczył się mówić publicznie i z czasem stał się wielkim mówcą — rozkoszą było słuchanie jego wystąpień.

Widziała, że zna biegle francuski, i że nigdy nie utracił swojej miłości do Francji, ale jako że potrzebował mówić po angielsku, postanowił sobie nauczyć się angielskiego i nauczył się go, chociaż nie miał wolnej nawet minuty. Po obiedzie, kiedy był zmęczony całym porankiem pracy w szpitalu, do domu przychodził nauczyciel. Przypominam sobie, jak widziałem go powtarzającego zdanie po zdaniu, dzień po dniu, martwego ze zmęczenia i z senności, aż opanował język.

Ona zaś szła jego śladem. Jako mężatka z dziećmi studiowała, specjalizowała się, towarzyszyła mu w kongresach. I wszystko to czyniła z miłości — żeby być u jego boku, żeby lepiej mu pomagać.

Kiedy się ożenił, był trochę zazdrosny. To naturalne. Jednak później pozwalał Clemencii z całkowitym zaufaniem, żeby podróżowała sama lub z przyjaciółką. Nigdy nie było z tym problemu.

Ona starała się pomagać wszystkim potrzebującym osobom, z którymi się spotykała. On bardziej przejmował się, żeby zostawić swojej rodzinie spory majątek, żeby w przyszłości nie mieli problemów finansowych. Myślał, że umrze wcześniej niż ona i oszczędzał wszystko, co mógł. Wówczas nie był zbyt hojny.

Jednakże zmieniał się. Dla niej”.

Rodzili się wujowie: stryj José Ernesto — 28 maja 1934 roku, ciotka Clemen — w grudniu 1937 roku, ciotka Sofía — w 1943 roku, stryj Roberto — 21 września 1947 roku. Ciotka Uca opowiada, że dziadek dał swoim dzieciom takie samo wychowanie, jakie otrzymał — wymagające i autorytarne, nie zdając sobie sprawy, że czasy się zmieniły. Nie był to brak miłości, tylko przestarzała koncepcja wychowania.

„Moim zdaniem w tym się mylił — opiniuje ciotka Uca. — Uważał, że dzieci będą podążać jego śladem, z tym samym poświęceniem co żona. Uważał, że wystarczy wszystkiego, co dla nich robił — zabijać się pracą, żeby dać im dobrą szkołę, dobrą sytuację, dobrą przyszłość… i nie zdawał sobie sprawy, że bardziej niż tego, co mógłby im dać, potrzebowały jego obecności.

Jest to bardzo powszechny wówczas i obecnie błąd. Przenieść ciężar wychowania dzieci na kobietę. A dzieci w pewnym wieku potrzebują przebywać z ojcem i opowiadać mu o swoich problemach. Szczególnie w okresie młodości: trzeba przybyć na czas… A on nie przybył”.

Rozumiem ciotkę Ukę. My, rodzice, dążymy do myślenia, że nigdy nie dość robimy dla dzieci. Kiedy pojawia się jakiś problem, mówimy: „to moja wina, nie zdążyłem”. I czasami zapominamy, że nasze dzieci są również dziećmi swojej epoki, swojej szkoły, swoich kolegów, swojego charakteru (albo swojego złego charakteru), swoich zalet i swoich wad.

Ja wówczas jeszcze się nie urodziłem i mogę tylko Wam powiedzieć, że moje rodzeństwo pamięta dziadka jako człowieka zapracowanego, ale zawsze zajętego nimi. Stryj Roberto opowiada, że „czas, który spędzał z nami, był wystarczający, ponieważ zawsze była tam jego obecność”.

Ciotka Clemen pamięta owe weekendy w San Juan, gdzie uczył ich grać w krokieta i jeździć konno. „Czasami pakowaliśmy się do łóżka, w którym leżał — pisze — i zaczynał się z nami bawić. Mówił nam, że jesteśmy molami i zjadamy kawałek drewna”.

Cóż. Mamy już żonatego dziadka — ojca wielodzietnej rodziny. A teraz… teraz nie pozostaje mi nic innego jak pożegnać się z Wami, dlatego że ten list jest już zbyt długi.

Zatrzymujemy się tutaj, w początkach lat trzydziestych.

Gorąco całuję,

Tata.