Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (2)

Publikujemy drugi odcinek biografii Ernesta Cofiño autorstwa José Luisa Cofiño, syna Ernesta. Książka składa się z siedemnastu listów José Luisa skierowanych do jego dzieci i opowiadających o ich dziadku.

Opus Dei - Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (2)

Drugi list

20 sierpnia 1999 r.

Kochani Jorge, Paola i Diego!

Jako datę tego listu wpisałem dzień innego jubileuszu dziadka. Niedawno przechodziłem koło stacji Pamplona, skąd odjechał do Francji 20 sierpnia 1919 roku — dzisiaj mija od tej chwili dokładnie osiemdziesiąt lat. Nie zapominam o tej dacie, ponieważ jest ona zbieżna z datą urodzin kuzynki Mercedes.

Cała rodzina udała się na stację, żeby go pożegnać. A kiedy pociąg ruszył, widział, pośród kłębów dymu z lokomotywy, jak prababcia klękała i błogosławiła mu, z twarzą zalaną łzami.

Ten obraz zawsze był obecny w jego pamięci. Jego mama, na kolanach, błogosławiąca mu, podczas gdy pociąg oddalał się z łoskotem w kierunku Puerto Barrios*

Odjeżdżał z jednej strony zasmucony, a z drugiej szczęśliwy. Miała się rozpocząć wielka przygoda jego życia. Wyobrażacie to sobie? Jakież miał nadzieje, oglądając Sierra de las Minas i zieloność gór Mico, Zacapa, Quirigua…!

Owa linia kolejowa działała od około jedenastu lat i chociaż minął czas starych kolejarzy, którzy mieli narzeczoną na każdej stacji, podróż pociągiem była wciąż złotym snem dla większości Gwatemalczyków. Czy nigdy nie słyszeliście tej piosenki?

Przybył już pociąg w kierunku Mazatenango,

gwiżdże na bardzo radosnych równinach,

a kolejarze cieszą się na widok mango,

które maszynista wyjął mi z ust…

Pociąg jechał na wybrzeże dwanaście godzin. Przez dwanaście pasjonujących godzin dziadek oglądał owe cudowne krajobrazy, o których słyszał tyle razy, między gwizdami a kołysaniem, z niekończącymi się postojami na stacjach.

Wyobrażam go sobie w wagonie, podpartego na łokciach w oknie, przypominającego sobie ostatnie dwa lata życia, od sierpnia 1917 do owego sierpnia 1919 roku. Dziwny okres: koniec liceum, trzęsienia ziemi, ponowny wybór Estrady przy poparciu intelektualistów i „myślących głów”… uniwersytet, zamknięty na czas nieokreślony… A kiedy horyzont wydawał się najczarniejszy, nagle Paryż!

Widzę go, jak wysiada z pociągu, zmęczony podróżą, przechadza się z walizkami po Zatoce Amatique, nuci Bella Guatemala* między skrzyniami bananów i workami z kawą. Tam po raz pierwszy zobaczył morze.

Stamtąd zaś ruszył w nowym kierunku, do Nowego Jorku. Pewnie jego dusza była napęczniała z nadziei, kiedy wstępował po trapie statku. Nadziei obmytej smutkiem, ponieważ — jak opowiadał w liście wiele lat później — był to trudny rejs, pełen bólów i niepewności. Co go czekało w Paryżu? Miał studiować i zdawać egzaminy… po francusku! Był optymistą z natury, ale to chyba przekraczało jego siły i pewnie będzie musiał przegrany wrócić do Gwatemali…

Przejechał przez Nowy Orlean. Nie wiem, czy widział stare domy kolonialne z ich charakterystycznymi długimi balkonami, pełnymi kwiatów. Wiem tylko, że doświadczył po raz pierwszy izolacji, wynikającej z nieznanego języka i obcych obyczajów. Jak najszybciej wsiadł do pociągu, który zawiózł go do Nowego Jorku. Tam czuł się zagubiony, nie mówiąc po angielsku i nie znając nikogo. Po kilku dniach ponownie wsiadł na statek, tym razem płynący do Europy.

Okręt pokonał Atlantyk w rekordowym czasie dwudziestu jeden dni! Na owe czasy to zdumiewający rezultat.

Dotarł do Francji 10 września, deszczowego popołudnia. Transatlantyk przybił do portu Hawr, który znajduje się stosunkowo blisko Paryża. Bardzo szybko, być może następnego dnia, zobaczył po raz pierwszy w oddali sylwetkę Miasta Światła: wieże Notre Dame, kopułę Sacré-Coeur**, wieżę Eiffla…

Wyobrażam go sobie jako dwudziestolatka pod dachami peronów Gare d’Orsay*, jak pyta, bardzo zdecydowanie, swoim kiepskim francuskim o ulicę, gdzie znajduje się rezydencja Luciano Boudousse’a, który prowadził przedsiębiorstwo importowo-eksportowe z siedzibą w Paryżu i pełnił funkcję bankiera w stosunku do niewielu Gwatemalczyków, którzy mieli synów we Francji. Był ich „zaufanym człowiekiem” w Europie.

Przypuszczam, że dziadek ubierał się w tutejszym stylu, w kapeluszu panama i lekkiej tropikalnej marynarce, która z pewnością zwracała uwagę w owym nowym świecie przesuwającym się przed jego oczami — nad brzegami Sekwany, z ożywionymi tłumami chodzącymi tam i sam, stacjami metra w stylu art nouveau, ze studencką wrzawą Dzielnicy Łacińskiej…

Z pewnością przecierał oczy, wciąż jeszcze nie wierząc. To była prawda! Był w Paryżu — stolicy świata, gdzie podejmowano ważne decyzje! Tuż przedtem skończyła się pierwsza wojna światowa i w miesiąc po przyjeździe dziadka, 11 października, francuski Senat ratyfikował Traktat Wersalski.

Był szczęśliwy, ale… nie znał nikogo i był o tysiące kilometrów od swojej rodziny. I to blade słońce… Z naszej wspaniałej światłości do miasta niezwykłych budynków, ale często okrytych przez szarawe mgły i ciężkie chmurzyska. Jesienny wiatr wywoływał w nim z pewnością nostalgiczne wspomnienia o naszej wiecznej wiośnie

Nie zaznaliście jeszcze doświadczenia życia w samotności za granicą. Dziadek pisał do ciotki Clemen: Rozpacz jest pierwszą rzeczą ogarniającą człowieka, która próbuje zapanować nad wolą. Człowieka ogarnia gorące pragnienie, żeby wrócić, żeby porzucić to wszystko, aby być szczęśliwym u boku najbliższych, obok tego, co ktoś kocha.

Nie było innego sposobu niż zapanować nad swoimi uczuciami i dostosować się. Nie mogło to być łatwe. Widziało się jeszcze mundury wojskowe, angielskie i północnoamerykańskie na ulicach i w tym mieście po tak wielu latach niepokoju wybuchło frenetyczne, niemal szalone pragnienie radości, życia.

John Dos Passos, powieściopisarz północnoamerykański, określa Paryż owych lat jako miasto pełne muzyki. Miasto Światła, jak je nazywano, było Mekką mody i luksusu, stolicą sztuki. Spotykali się tam wielcy artyści. Można było w modnych kawiarniach natknąć się na Chagalla lub Modiglianiego przy sąsiednim stoliku…

W każdym razie, chociaż wiele kosztowało dziadka przystosowanie się do nowych obyczajów, zdumiewały go cnoty Francuzów, a kulturalna atmosfera paryska zachwyciła go. Fascynowała go cała Francja.

Przybyłem do Paryża — wspominał — tuż po zakończeniu pierwszej światowej pożogi, która tak bardzo zraniła naród francuski, z odnowionym duchem podnoszący się z gruzów wojny.

Wydawała się nową jutrzenką po latach burzy: w atmosferze był optymizm i nadzieja, że ten wandalizm się nie powtórzy.

Zaczął się przygotowywać do egzaminów wstępnych, P.C.N., obejmujących trzy przedmioty: fizykę, chemię i nauki przyrodnicze*. Mógł uzyskać nostryfikację, ale postanowił rozszerzyć wiadomości i zdać egzamin, dlatego że był świadomy niewystarczalności jego akademickiej formacji.

Pomyślcie, jaką dojrzałość i realizm oznaczała ta decyzja. To jest błąd — tłumaczył — tych, którzy zamierzają studiować medycynę i udaje im się uzyskać zwolnienie z P.C.N., posługując się tytułem bakałarza. Wstępują na wydział medyczny zdezorientowani, nie znając języka, metod pracy, nieprzyzwyczajeni do uczestnictwa w zajęciach.

Rozpoczęło się życie uniwersyteckie. W salach wykładowych przeżywano szczególną chwilę. Po długiej przerwie wojennej, w listopadzie owego 1919 roku wznowiono zajęcia. Nowo przybyli, jak dziadek, spotkali się ze studentami wyższych lat, którzy spędzili wiele lat na froncie, i z wykładowcami, którzy pracowali jako lekarze wojskowi i zachowywali żywo w pamięci nieszczęścia z konfliktu. To nadało ówczesnemu uniwersytetowi praktyczny i realistyczny charakter.

Sorbona była — i jest nadal — uniwersytetem o najwyższym prestiżu. Wystarczy odwiedzić budynek Wydziału Medycyny, żeby zdać sobie sprawę z górującej pozycji francuskiej medycyny w świecie. Przekracza się obszerne podwórze wejściowe, wchodzi się na górę wspaniałymi schodami, z lasem kolumn z porfiru po bokach i dociera się do wspaniałych sal o marmurowych podłogach i ścianach ozdobionych popiersiami słynnych lekarzy z inskrypcjami jak ta, którą dla Was tłumaczę:

Za panowania Ludwika XVI wziął początek ten budynek,

poświęcony studiom i doskonałości chirurgii,

z rozkazu i pod auspicjami umiłowanego Ludwika,

w roku łaski MDCCLXIX.

We Francji nie istniało to, co obecnie nazywamy szpitalami klinicznymi, ale bardzo szybko, na początku następnego roku akademickiego, 19 października 1920 roku ratusz paryski i uniwersytet podpisali porozumienie, na którego podstawie wykładowcy Wydziału Medycyny stali się ordynatorami w różnych szpitalach w mieście.

Według historyków medycyny w oparciu o to porozumienie wykonano gigantyczny krok, ponieważ francuska służba zdrowia zaczęła korzystać z naukowych postępów uniwersyteckich i nowi studenci Wydziału, jak dziadek, poznawali bezpośrednie nauczanie kliniczne. Dlatego dziadek tłumaczył, że wstąpił raczej do szpitala niż do szkoły medycyny, żeby przygotować pierwszy konkurs, który nosi nazwę eksternistycznego.

Podczas tego roku postanowił zmienić akademik. W akademiku Monsieur Boudouse’a mieszkało zbyt wielu Latynosów i uważał, że w ten sposób nigdy nie opanuje języka. Zamieszkał przy Rue du Dragon między Boulevard Saint Germain a ulicami Four i Grenelle.

Rue du Dragon to wąska ulica, charakterystyczna dla Dzielnicy Łacińskiej. Chciałbym, żebyście któregoś dnia ją zobaczyli, z jej wysokimi, czteropiętrowymi i pięciopiętrowymi budynkami, o nieregularnych fasadach, i domami o majestatycznych bramach. Na murach znajdują się tablice upamiętniające osobistości, które niegdyś tam mieszkały. Na jednej z nich można przeczytać:

Wiktor Hugo mieszkał w tym domu w 1821 roku.

29 lutego 1907 r.

Hugofile

Trochę dalej mieszkał Huysmanns — budowniczy Paryża, a w sąsiednim domu dwóch słynnych pisarzy: Giono i Martin du Gard.

Co tydzień otrzymywał list od pradziadka z Gwatemali. Nie przesadzam: pradziadek pisał do niego co tydzień. Za pomocą tego środka dziadek, poza tym, że utrzymywał kontakt z rodziną, był na bieżąco z tutejszym życiem politycznym. Sytuacja uległa stosunkowej poprawie. Kongres uznał Estradę za niezdolnego do pełnienia funkcji, stwierdzając, że jest szaleńcem, ale stary dyktator stawiał opór ze swojej rezydencji „La Palma” i stamtąd zbombardował stolicę…

Zastąpił go u władzy plantator trzciny cukrowej Carlos Herrera. W kilka miesięcy później w Kostaryce odbyła się konferencja, która utworzyła Federację Republik Środkowamerykańskich. Wydawało się, że wreszcie staje się rzeczywistością stare marzenie o zjednoczeniu i 15 września 1921 roku Gwatemala zjednoczyła się z Hondurasem i Salwadorem, tworząc nowe państwo ze stolicą w Tegucigalpie, o nazwie Republika Środkowoamerykańska.

Jednakże owo marzenie rozwiało się natychmiast. Nastąpił zamach stanu i zmuszono Herrerę do rezygnacji ze stanowiska. Utworzono triumwirat, w którym główną rolę odegrał Orellana, bliski współpracownik Estrady, który wycofał się z Unii 14 stycznia 1922 roku.

W latach 1921-1926 dziadek odbył praktykę w paryskich szpitalach jako ekstern, do czego doszedł dzięki konkursowi. Był dobrym i odpowiedzialnym studentem. Podkreślam Wam to, ponieważ lekkomyślna atmosfera lat dwudziestych, tak typowa dla cyganerii i ekstrawagancka, cieszy się nieszczęsną sławą.

Był to Paryż szalonych lat. Tryumfował fokstrot i java — tańce, o których na pewno nigdy nie słyszeliście. Czy pamiętacie te filmy z Maurice’em Chevalierem, w których stepował, śpiewając: Nie ma niiiic / lepszego / niż / Paaaaaryż!?

Co ja mówię! Jak macie znać Maurice’a Chevaliera, skoro uważacie, że Beatlesi to stary zespół?

Paryż przeżywał okres niepohamowanego rozkwitu splendoru. Wieżę Eiffla oświetlało pół miliona żarówek i miasto, razem z Nowym Jorkiem, było światowym symbolem postępu i nowoczesności. Nowoczesności dość szalonej w swoich obyczajach i bez odniesień moralnych, chociaż dzięki Bogu dziadek, jak opowiadała ciotka Uka, nie dał się pociągnąć tej atmosferze, w której „zbytek stał się zwyczajną regułą”.

Zgodnie ze słowami ciotki Uki „nie nauczył się złych rzeczy, których ludzie uczą się w tych krajach, mimo że był młodzieńcem i nie żył jak mnich ani nikt w tym rodzaju. Jednakże nigdy absolutnie nie był rozpustnikiem ani nałogowcem w żadnym tego słowa znaczeniu! Ani też człowiekiem niemoralnym, ani rozrzutnikiem… nigdy!”

Ten czas był dla dziadka czasem intensywnej nauki, pracy i odpowiedzialności. Jednakże pogubiłem się i już nie wiem, o czym Wam mówiłem… Aha, mowa była o atmosferze, która otaczała go w 1926 roku, kiedy zakończył się etap eksternistyczny i zaczął się przygotowywać do egzaminu na studenta-rezydenta w paryskich szpitalach — „wielkiej szkole” francuskiej medycyny.

Bycie studentem-rezydentem paryskich szpitali oznaczało chwałę, złoty sen, najwyższą aspirację studenta medycyny w owych czasach. Wszystkie wielkie postaci francuskiej medycyny dziewiętnastego wieku wygrywały ten konkurs, który cieszył się ogromnym prestiżem, w kraju i poza jego granicami.

Konkurs funkcjonował w bardzo francuskim systemie. Kiedy studenci-rezydenci wygrywali konkurs, nadal byli studentami, ale podejmowali odpowiedzialność lekarzy i zamieniali się w ciągu czterech lat w tak zwanych lekarzy i chirurgów rezydentów, a na zakończenie studiów bronili prac doktorskich, pod kierunkiem naukowych sław w danej specjalności.

Dziadek postawił sobie za cel uzyskanie tego miejsca, chociaż wiedział, że jest to niezwykle trudny konkurs. Było niewiele miejsc — w sumie siedemdziesiąt — dla setek kandydatów i dziadek musiał intensywnie uczyć się latami zamknięty w czterech ścianach swojego pokoju.

Stawił się na konkurs po raz pierwszy… i nic.

Znowu zamknął się w pokoju, żeby się uczyć.

Zmieniały się pory roku — tam nie mają ciągle wiosny jak u nas — lato, jesień, zima… i dziadek nadal siedział w samotności swojego pokoju, powtarzając wciąż na nowo tematy egzaminu i słuchając przez okno odgłosów paryskiej krzątaniny…

Zostawmy na chwilę jego przygotowania do konkursu na rue du Dragon i powróćmy do Gwatemali, do domu pradziadków. Powiedziałem Wam przedtem, że prababcia Clotilde była kobietą z charakterem, bardzo niezależną, jak na to, co wówczas było w zwyczaju. Otóż Wy troje możecie uczyć się tych samych dyscyplin sportowych i je ćwiczyć… chociaż bardzo wątpię, Paola, że będziesz grać w piłkę nożną. Czy wiesz, co o Tobie mówił dziadek? Moja wnuczka nie chodzi, tylko tańczy! Będzie tancerką. To prawda, Paola. Kiedy byłaś mała, chodziłaś po korytarzach na czubkach palców, jakby wykonując kroki baletowe.

Znowu się pogubiłem… Aha, mówiłem Wam, że teraz Wy troje macie te same szanse, możecie uprawiać te same dyscypliny sportowe, podróżować za granicę… Ta równość, na początku lat dwudziestych, przynajmniej w Gwatemali, była czymś nie do pomyślenia. Ogromna większość kobiet była zamknięta we własnym domu, bez żadnego rodzaju aspiracji, zaniedbana społecznie i kulturowo. I pod tym względem prababcia Clotilde była wyjątkiem.

Poza tym była niespokojna o swojego syna, którego nie widziała od kilku lat i ta rozłąka stała się dla niej nie do zniesienia.

Wówczas odległości wydawały się ogromne. Teraz jeżeli wykręcimy numer kierunkowy do Meksyku, możemy pogadać z ciocią Clemen, ale wtedy prababcia mogła się kontaktować ze swoim synem tylko pocztą, przy pomocy listów, których wymiana trwała tygodniami.

Aż pewnego dnia nie mogła już wytrzymać i powiedziała pradziadkowi, że powinni pojechać odwiedzić go w Paryżu. Pradziadek się zaniepokoił. Wiedział, że kiedy się na coś zdecydowała, było bardzo trudno ją powstrzymać.

— Francja? Co za szaleństwo, Clotilde! Po co mamy jechać do Francji?

— Żeby zobaczyć naszego syna! Czy to nieważny powód?

Kłócili się i kłócili, aż w końcu pradziadek orzekł:

— Słuchaj! Możesz pojechać… sama!

— W takim razie pojadę sama!

— Słucham? Nie pojedziesz!

— Oczywiście, że pojadę. To mój syn i chcę go zobaczyć!

— Clotilde! Jeżeli pojedziesz, nie wracaj do tego domu!

Prababcia przybyła do Paryża, nie znając w ogóle francuskiego i spędziła tam pewien okres, z trudem dając sobie radę. Jej punktem odniesienia był sklep, który trzymał w drzwiach dynię, sprzedawaną po kawałku do momentu, aż… sprzedano całą dynię i prababcia się zgubiła. Zaczęła krążyć po Dzielnicy Łacińskiej. Na szczęście spotkała policjanta i pokazała mu karteczkę, na której dziadek napisał adres swojego domu…

W tym czasie pojechali do Lourdes. Nie wiem, co tam się wydarzyło, z wyjątkiem tego, że owa pielgrzymka była bardzo ważna dla dziadka, który do tego czasu nie wydawał się szczególnie zainteresowany religią. Pobyt w Lourdes oznaczał w jego duszy „przedtem” i „potem”.

Nie chodzi o to, że nie miał wiary. Wierzył w Boga, ale jego wiara w owych chwilach nie była czymś decydującym w jego życiu. Myślał tylko o nauce, o byciu studentem-rezydentem w szpitalach, o sukcesie. Nie mam jednak więcej danych na temat tej kwestii. Mówiłem Wam już, że to tylko moje wrażenie.

Prababcia powróciła do Gwatemali. Zapukała do drzwi domu i na jej powitanie wyszedł pradziadek.

— Przyjechałam — powiedziała do niego.

— Słucham? Wróciłaś? Tutaj? — powiedział pradziadek wściekły.

— Oczywiście, że wróciłam tutaj. To przecież mój dom!

Weszła z walizkami… i na tym wszystko się skończyło.

Tacy byli. Mieli ognisty charakter i wulkaniczny temperament. Za każdym razem, kiedy widzę wulkany Agua i Fuego*, myślę o nich…

Powróćmy do Paryża, gdzie zostawiliśmy pradziadka przygotowującego się do konkursu.

Stawił się po raz drugi na egzamin. Zdał trzy egzaminy pisemne i został wybrany! Łatwo sobie wyobrazić jego radość…

To pozwoliło mu przystąpić do straszliwego egzaminu ustnego, który trwał… pięć minut!

I na tym się skończyło.

Po raz trzeci zamknął się ze swoimi książkami. Minęły miesiące i w końcu, w 1927 roku, za trzecim podejściem stawił się na egzamin, zdał trzy egzaminy pisemne, wybrano go, zdał egzamin ustny i uzyskał 56 punktów. Był już studentem-rezydentem! Nareszcie!

…Chociaż w rzeczywistości był tylko „tymczasowym rezydentem”, dlatego że aby otrzymać tytularną rezydenturę, potrzebował 56 i… pół punktu.

Pół punktu więcej, pół punktu mniej, w każdym razie wstąpił już do paryskich szpitali. W tym okresie odwiedził go jego przyjaciel Miguel Ángel Asturias, który zrobił z nim wywiad dla El Imparcial*, opublikowany w Gwatemali niewiele później.

„Ostatni tryumf Ernesto Cofiño — pisał Asturias — sprawił, że oderwałem go od jego zajęć, odwiedzając go, co obiecałem mu od mojego przyjazdu do Paryża i czego do tej pory nie mogłem zrobić. Odwiedziłem go w jego mieszkanku przy ulicy Smoczej** i po długim powitaniu powiedziałem do niego:

— Przychodzę, żebyśmy porozmawiali nieprzerwanie przez tysiąc pięćset nocy.

— Bardzo chętnie, bracie — odpowiedział mi — ale o czym będziemy rozmawiać tyle czasu?…

— O tobie…

— O mnie?

Usiedliśmy na ciemnoniebieskiej kanapie i powtórzyłem mu, że będziemy rozmawiać o nim, o doktorze Ernesto Cofiño, o studencie-rezydencie paryskich szpitali.

— Pamiętasz…

— Żadnego „pamiętasz” — przerwałem mu. Wspomnienia interesują jedynie nas obu, a ja przychodzę zrobić z tobą wywiad. Chcę, żeby czytelnicy z Gwatemali — czy pamiętasz o Gwatemali? — wiedzieli, że jesteś pierwszym Gwatemalczykiem i — po doktorze De Bayle — pierwszym mieszkańcem Ameryki Środkowej, który osiąga prestiżowe stanowisko rezydenta.

— …Ale za jaką cenę, bracie. Najlepsze lata mojego życia strawiłem na wymarzoną rezydenturę. Zawsze uważałem, że o ile tytuł uniwersytecki z Paryża jest bardzo zaszczytny, o wiele zaszczytniejsza jest kategoria rezydenta…

— Że wśród naszych ziomków wszystkich, którzy wyjechali i odbyli studia w Paryżu, jesteś pierwszym, który osiągnął…

Twój tryumf napełnia mnie entuzjazmem, mówiłem dalej — to zdecydowane stwierdzenie w ustach gwatemalskiej młodzieży. Jeżeli chcemy zastąpić starych, musimy być zdolniejsi niż oni. A nad czym pracujesz obecnie?

— Kieruję oddziałem w szpitalu dla chorych dzieci».

Przyszły noblista przedstawiał dziadka jako wzór do naśladowania dla młodych Gwatemalczyków. Nie chciał, żeby uważano go za ideał osiągalny tylko dla uprzywilejowanych umysłów i kończył zbolałym tonem:

«Nie chciałbym, żeby czytając i komentując ten wywiad, mówiono: jest bardzo inteligentny — dlatego że dobrze wiemy, że w Gwatemali wszyscy przeciętniacy cieszą się sławą inteligentnych. Chciałbym czegoś więcej. Chciałbym, żeby czytelnik powiedział: to człowiek bardzo pracowity, to wielka wola w służbie normalnego mózgu. Powinniśmy się zgodzić, że Cofiño nie dotarł tam, dokąd sobie założył, tylko dzięki swojemu rozumowi, ale dzięki swojej woli pracy i poświęceniu — cnotom, których potrzeba w krajach, gdzie szarlatan wzbudza zachwyt, a przeciętniak peroruje na temat dziedzin, których nie zna albo które zna ledwie powierzchownie».

Dziadek włożył największy wysiłek w konkurs, poświęcając temu ideałowi najlepsze lata swojego życia, jak powiedział swojemu przyjacielowi Asturiasowi. Po latach, kiedy denerwowałem się moimi egzaminami na uniwersytecie, mówił mi, że on — już żonaty — cierpiał niekiedy w nocy koszmary i budził się zlany potem…

— Co ci się stało, Ernesto? — pytała go babcia.

— Śniło mi się, że znowu mam egzamin…

Zaczął pracować w Szpitalu dla Chorych Dzieci przy Rue de Sèvres, który nadal działa. Można jeszcze spacerować po jego wielkiej centralnej alei, po której bokach rosną rzędy kasztanowców, między pawilonami pomalowanymi na biało. Tam uprawiał medycynę obok pierwszych postaci francuskiej pediatrii.

Warto było poświęcić tyle wysiłku. Być rezydentem — mówił — to być bardzo blisko ordynatora, patrona, jak go nazywaliśmy z doskonałą mieszaniną czułości, szacunku i wdzięczności. Było to również odczuwanie wzruszenia z powodu bycia odpowiedzialnym. Odbywać obchód, być „małym szefem”. Zajmowali się dyżurami, robili badania obok wielkich specjalistów, przebywali stale u boku chorych… i wszystko to dostarczało im wspaniałej teoretycznej i praktycznej formacji.

W ciągu tego samego 1927 roku opublikował studium na temat zapalenia otrzewnej z Jeanem Hutinelem, laureatem złotego medalu z medycyny i lekarzem honorowym owego szpitala od 1921 roku. W rok później opracował inne studium z Mozerem na temat szczepionki przeciwko błonicy.

Współpracował z wielkimi: z Pierrem Nobecourtem, laureatem nagrody w dziedzinie medycyny w 1898 roku i szefem kliniki szpitala od 1914 roku, z Aviragnetem i z Pierrem Lereboulletem, laureatem złotego medalu i profesorem nadzwyczajnym patologii wewnętrznej. Pracował też razem z Robertem Debré, szefem kliniki, który według historyków medycyny stał się „najznakomitszym spośród francuskich pediatrów XX wieku i jednym z pierwszych lekarzy na świecie”.

Robert Debré był szczególną osobowością. Pochodził z Sedanu, na granicy z Belgią. Wysoki, chudy, o kanciastym obliczu, gęstej brodzie i orlim nosie, który był w szczytowym okresie swojego życia zawodowego. Był szczególnie podziwiany za wykłady z bakteriologii na Wydziale, za kursy pediatrii w szpitalu i za prace badawcze.

Był lekarzem humanistą, o zupełnie niekonwencjonalnym wykształceniu uniwersyteckim. Po ukończeniu liceum studiował filozofię. Był uczniem Charlesa Péguy, a także przyjacielem intelektualistów jak Maritain i poetów jak Paul Valéry. Jednakże w dwa lata po otrzymaniu magisterium z nauk humanistycznych postanowił — wbrew powszechnemu zdziwieniu — „zamienić książki na ludzi i myślenie na działanie” i zaczął studiować medycynę.

Debré był niestrudzonym badaczem, światłym i tolerancyjnym, o cudownej żywotności i pamięci, człowiekiem upartym, kreatywnym i nowatorskim, o głębokiej wrażliwości na problemy najbardziej potrzebujących. Kiedy dziadek go poznał, był związany z Instytutem Pasteura i kierował ważnymi badaniami w dziedzinie bakteriologii i anatomii patologicznej. Skupił się na badaniach pediatrycznych, wprowadzając w życie radę, którą dawał swoim studentom:

„Trzeba dokonać desperackiego wysiłku — i to wyrażenie nie jest przesadzone — żeby być na bieżąco ze wszystkimi dziedzinami medycyny dziecięcej”.

Dziadek utrzymywał z nim bardzo intensywne relacje zawodowe. Debré kierował pracą doktorską dziadka i był jego mistrzem w najgłębszym znaczeniu tego słowa.

Ze swej strony Debré wyrażał zawsze wielką sympatię dla dziadka, sympatię, którą zwykł był okazywać na zewnątrz, co jest rzeczą niezwykłą, ponieważ, zgodnie z tym, co się opowiada, zachowywał się z rezerwą i z dystansem.

Z duchowego punktu widzenia podążali różnymi drogami. Debré wzrastał w intensywnie religijnym klimacie rodzinnym. Jego ojciec był wielkim rabinem izraelskiej społeczności w Neuilly. Jednak porzucił wiarę swoich ojców w młodości. „A ty, jaką religię wyznajesz?” — zapytała go jego siostra, kiedy miał piętnaście lat. „Ja jestem poganinem!” — odpowiedział.

W przeciwieństwie do niego dziadek przeszedł od pozornej duchowej atonii we wczesnej młodości do postępującego zbliżenia do Boga. Na temat tej „atonii” istnieją różne opinie. Jedni zapewniają, że słyszeli, jak mówił, że kiedy mieszkał w Paryżu, wierny naukom prababci, uczestniczył w niedzielę we Mszy Świętej. Inni z kolei, że w tym czasie nie chodził na Mszę Świętą, ponieważ był bardzo skoncentrowany na swojej pracy, chociaż pozostawał człowiekiem wierzącym, prowadził czyste życie i postępował dobrze.

Nie wiem, co myśleć, ponieważ nie zwykliśmy rozmawiać o przeszłości, jednakże mam wrażenie, że w tych latach zaniedbywał trochę swoje życie duchowe. Według cioci Clarity postanowił pozostać w Paryżu, między innymi z tego powodu, dlatego że zakochał się w pewnej Francuzce.

Pozostać w Paryżu? To nie mieściło się w planach pradziadka, który nadal pisał do niego list raz w tygodniu. Dziadek próbował odpowiadać mu z tą samą częstotliwością, ale kiedy zaczął pracować w szpitalu, nie miał już czasu i przy pewnej okazji wysłał swojemu ojcu naraz dziesięć listów.

Pradziadek odpowiedział mu odwrotną pocztą:

Kochany Synu,

Nie zadawaj sobie trudu, żeby pisać naraz dziesięć listów. Widziałem, że wszystkie mają ten sam datownik.

I postanowił przywieźć tu dziadka z powrotem.

Jak powiedział, tak zrobił. W 1929 roku wsiadł z ciotkami Claritą i Maríą na parostatek Hamburg-American Lines i udał się do Paryża.

Przez miesiąc płynęli do Amsterdamu. Ciotka Clarita wspomina, że w Europie była przepiękna pogoda i że holenderski krajobraz z wiatrakami i polami pełnymi tulipanów ich zachwycił.

Stamtąd udali się do Paryża i zamieszkali z dziadkiem w hotelu, naprzeciwko kościoła Saint-Germain-des-Près. Ciotka Clarita ma wyrytą w pamięci postać dziadka w wieku trzydziestu lat, spacerującego po bulwarach Dzielnicy Łacińskiej: „wysoki, szczupły, elegancki, o jasnych oczach i wesołym charakterze, bardzo wesołym!… I niekiedy złośliwy, chociaż stopniowo złagodniał”.

Ciotki były młodziutkie i dziadek postanowił zabrać je do opery, żeby poznały le grand monde*. Jako że nie mogły iść byle jak ubrane, kupiły sobie wieczorowe suknie. Potem — nie wiem, co się stało — ale pradziadek się rozgniewał i powiedział: „z opery nici!”

— I co teraz zrobimy z sukniami? — skarżyły się zapłakane ciotki.

— Założycie je w Gwatemali! — powiedział pradziadek.

Być może pradziadek nie chciał, żeby jego córki zakochały się w ludziach Paryża, jak to przydarzyło się jego synowi Ernesto. Według ciotki Clarity pradziadek był gotów przywieźć go tutaj za wszelką cenę i wytłumaczył jej plan, który zamierzał wykonać. Po pierwsze miał z nimi pojechać do Hiszpanii, a po miesiącu, kiedy wrócą… dziadek miał już posiadać doktorat!

Wyobrażam sobie odpowiedź dziadka. Jakby pracę doktorską można było napisać i obronić w kilka miesięcy!

I rozpoczęli swoje europejskie tour. Pojechali do Infiesto w poszukiwaniu korzeni, a następnie pradziadek obwoził córki po Andaluzji. Zawiózł je do Sewilli, żeby zobaczyły wystawę powszechną, która odbywała się co roku, i po miesiącu, jak powiedział, wrócili do Paryża.

— Dobrze? Już się obroniłeś? — zapytał go pradziadek tuż po przybyciu.

Naturalnie dziadek jeszcze się nie doktoryzował.

Wówczas pradziadek… postanowił zostać cały rok w Paryżu, czekając, aż dziadek się obroni!

W ten sposób opowiada tę historię ciocia Clarita. Jeśli chodzi o francuską narzeczoną… nie mam pojęcia. Być może jest w tej sprawie coś z literatury, być może nie. Być może jest pewne upodobanie do wyobrażania sobie romansów tam, gdzie ich nie było, dlatego że dwie ciocie były wówczas młodziutkimi dziewczynami… Ja mogę Wam tylko powiedzieć, że dziadek twierdził, że od zawsze chciał się ożenić z Gwatemalką, a w Paryżu jest niewiele Gwatemalek…

Czy historia o francuskiej narzeczonej jest prawdziwa, czy nie, to, co opowiada ciocia Clarita, wiernie oddaje charakter dziadka — pracowitego i odpowiedzialnego, a także pradziadka — upartego jak mało kto człowieka wybitnie starej daty.

Wspominając postać pradziadka, często myślałem, że to dobry przykład tego, jak Bóg posługuje się nawet naszymi wadami i ograniczeniami, żeby realizować swoje plany zbawienia. Dlatego że gdyby nie ten upór i autorytarny duch pradziadka, wątpię, czy dziadek powróciłby tak szybko z Paryża.

Wreszcie dziadek obronił swoją pracę doktorską pod kierunkiem Roberta Debré 6 listopada 1929 roku, na niezwykle interesujący naukowy temat: wrażliwość na tuberkulinę u dzieci szczepionych szczepionką BCG. Udowodnił, że szczepionka podawana doustnie jest w stanie wywołać pozytywną reakcję tuberkulinową. I nie mogę Wam powiedzieć wiele więcej, dlatego że nie jestem lekarzem.

Praca ta została odznaczona srebrnym medalem Wydziału Medycyny. Srebrny medal! Był to ogromny zaszczyt!

Z obronioną — i to tak znakomicie — pracą pod koniec 1929 roku postanowił opuścić Paryż. W owym roku w mieście odbyło się ostatnie pożegnanie marszałka Focha, bohatera pierwszej wojny światowej, z wielkimi uroczystościami pogrzebowymi. Umieszczono wielki katafalk pod Łukiem Tryumfalnym i zorganizowano długą defiladę na jego cześć. Orszak uroczyście wkroczył do katedry Notre Dame przy dźwięku trąbki i w świetle pochodni.

Wydawało się, że groźba wojny zniknęła na zawsze…

Jak napisał dziadek, był optymizm w atmosferze i nadziei, że ten wandalizm się nie powtórzy. Była to tylko nadzieja…!

Złudzenie. Szybko odkryto, jak mówił pisarz z epoki, że tamto szalone miasto „latami tańczyło na wulkanie”.

I … na dzisiaj wystarczy. Bardzo się rozpisałem. Innego dnia będziemy kontynuować tę historię.

Z wielką miłością

Tatuś



* Miasto i największy port morski Gwatemali (przyp. tłum.).

* Hiszp. Piękna Gwatemala. Mazurek autorstwa Germána Alcántary (przyp. tłum.).

** Franc. Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego na wzgórzu Męczenników (Montmartre), wybudowana w XIX wieku (przyp. tłum.).

* Dawny końcowy dworzec kolejowy linii Paryż-Orlean, funkcjonujący w latach 1900-1986 (przyp. tłum.).

* Franc. Certificat d’études physiques, chimiques et naturelles, funkcjonujący we Francji w latach 1893-1960 (przyp. tłum.).

* Nazwy te oznaczają w języku hiszpańskim ‘woda’ i ‘ogień’ (przyp. tłum.).

* Dziennik popołudniowy wydawany w Gwatemali w latach 1922-1985 (przyp. tłum.).

** Miguel Ángel Asturias tłumaczy z francuskiego nazwę ulicy rue du Dragon (przyp. tłum.).

* Franc. ‘wielki świat’ (przyp. tłum.).