Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (1)

Zaczynamy publikować w odcinkach biografię Ernesto Cofiño autorstwa José Luisa Cofiño, syna Ernesto. Książka składa się z siedemnastu listów José Luisa skierowanych do jego dzieci i opowiadających o ich dziadku. Publikujemy pierwszy list.

Opus Dei - Ernesto Cofiño. Szkic biograficzny człowieka z Opus Dei 1899-1991 (1)

Zanim rozpocznę

6 października 2002 r.

Pomysł tej książki zrodził się w 1995 roku, kiedy hiszpański dziennikarz, José Miguel Cejas, przeprowadził ze mną wywiad dla telewizji na temat postaci mojego taty, Ernesta Cofiño, który zmarł cztery lata wcześniej.

— Czy nie myślał pan nigdy o napisaniu książki ze wspomnieniami? — zapytał, kiedy skończyliśmy.

— Bardzo często! — powiedziałem. — Potrzebuję jednak, żeby ktoś mi pomógł.

Wtedy wszystko się zaczęło. Rozmawialiśmy o ewentualnym projekcie współpracy, niczego nie konkretyzując, aż w trzy lata później przybył ponownie do Gwatemali i ustanowiliśmy plan pracy. Miałem napisać do moich dzieci kilka listów na temat dziadka, a on miał nadać im formę literacką.

Przez kolejne lata — 1999, 2000, 2001, 2002 — pracowaliśmy nad tym projektem. Nasze maile krążyły przez Atlantyk w jedną i w drugą stronę. I tak, przy pomocy poczty elektronicznej, narodziła się książka, którą Czytelnik trzyma w rękach.

Najpierw wyjaśnienie. Jestem wykładowcą uniwersyteckim z dziedziny nauk ścisłych a nie historykiem. Nie zamierzałem pisać studium historycznego. Pozostawiam to zadanie specjalistom. Te stronice to tylko rodzinne listy, które obejmują takie wspomnienia i anegdoty, które opowiada się w domowym zaciszu. Dlatego nie zdziwiłoby mnie, że mimo mojego wysiłku, aby porównywać dane, znajdą się tu rozbieżne daty albo pomylone nazwiska. W takim przypadku proszę czytelnika o wyrozumiałość.

Drogi Boże są nieprzewidywalne. Przeczuwałem, że początek nowego tysiąclecia okaże się pasjonujący, ale… jakże daleki byłem od myślenia o tym, co się wydarzy! Nigdy nie wyobrażałem sobie, że podczas opracowywania tej książki, zostanie otwarta sprawa kanonizacyjna mojego ojca, że będę mógł uczestniczyć w ceremoniach otwarcia i rozpoczęcia procesu informacyjnego i że kiedy przygotowywaliśmy te stronice, żeby przekazać je czytelnikowi, Kościół kanonizuje Św. Josemaríę, Założyciela Opus Dei.

Z tej przyczyny datowałem ten prolog na ów historyczny i niezapomniany dzień 6 października 2002 roku, w przeddzień uroczystości Najświętszej Maryi Panny Różańcowej. W tym dniu Papież Jan Paweł II kanonizował na placu Świętego Piotra w Rzymie Św. Josemaríę, w obecności tłumu wiernych przybyłych z całego świata, wielu spośród nich z Gwatemali.

Historia — a mówiąc właściwiej, Boże miłosierdzie — dostarcza nam tych niespodzianek, napełnionych nieoczekiwanym znaczeniem.

Ostatnie wyjaśnienie. Nie napisałem tych listów poruszany tylko pragnieniem, żeby moje dzieci lepiej poznały postać swojego dziadka. W mojej woli — i woli Guiseli, mojej żony, która z taką miłością śledziła te prace — leży przyczyna o wiele głębsza.

Ta książka chce być zasadniczo pochwalną pieśnią na cześć miłosierdzia Bożego w naszym życiu i aktem dziękczynienia Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi i Jego Najświętszej Matce, Pani Różańca, Patronce Gwatemali. Wzrusza mnie myśl, że ukazuje się ona w Roku Różańca.

To jest najgłębszy i prawdziwy sens tych stronic — dziękczynienie Bogu, ponieważ w swojej pełnej miłości Opatrzności Bóg udzielił nam niezrównanego daru poznania Świętego i wspólnego życia razem z nim przez wiele lat, dzień po dniu.

José Luis Cofiño



Pierwszy list

5 czerwca 1999 r.

Kochani Jorge, Paola i Diego!

Dzisiaj po południu, kiedy wracałem do domu, po uroczystości setnej rocznicy urodzin dziadka, myślałem o Was. W 1991 roku, kiedy dziadek umarł, byliście bardzo mali i obawiam się, że stanie się z Wami to samo co ze mną. Straciłem moją mamę, kiedy miałem sześć lat i nic nie pamiętam: ani jednego słowa, ani jednego obrazu, nawet jednej miny.

Wydaje się to niewiarygodne, prawda? Wiem o niej to, co mi opowiedziano, albo to, co widziałem w albumie ze zdjęciami i w filmach z kamery Super-8, które kręcił dziadek. Jak to możliwe? Być może jej śmierć była tak silnym ciosem, że nagle wszystko zniknęło z mojej pamięci.

Jako że nie chcę, żeby przydarzyło się Wam to samo, opowiem Wam o życiu dziadka, list po liście, żebyście nigdy o nim nie zapomnieli.

Znalazłem na strychu — gdzie nie chcę, żebyście wchodzili, dlatego że w niektórych miejscach podłoga jest słaba i moglibyście spaść — wiele jego rzeczy: cylinder ze szczęśliwych lat dwudziestych, hełm korkowy z lat czterdziestych, dżinsy z lat osiemdziesiątych… I dużo papierów, bo dziadek niczego nie wyrzucał.

(Odziedziczyłem ten zwyczaj. Przechowuję szkolne elementarze, prace uniwersyteckie… a nawet zabawki z czasów, kiedy byłem chłopcem!)

Na górze, na strychu, znajduje się jego siodło, jego zeszyty, jego dyplomy, troskliwie zwinięte i zawiązane długimi czerwonymi wstążkami, interesujące go wycinki prasowe, ułożone chronologicznie w odpowiednich teczkach i różne paczki listów napisanych jego ręką. Nie chodzi o to, że był nastawiony nostalgicznie (przeciwnie — nie lubił patrzeć wstecz ani pogrążać się w przeszłości). Po prostu był człowiekiem uporządkowanym, który pragnął dokumentować wydarzenia.

Nie wiem, po kim odziedziczył ten zwyczaj… Oczywiście, nie po swoim ojcu i właśnie dlatego mamy tak niewiele wiadomości o tej gałęzi rodziny. O ile mi wiadomo — a wiadomo mi niewiele — byli Hiszpanami. Pierwszy Cofiño, który przybył do Gwatemali, pochodził z Infiesto — maleńkiej miejscowości w Asturii, regionu na północy Hiszpanii.

Nigdy tam nie byłem, ale z tego, co opowiadają, musi to być bardzo piękne miejsce. Rozszalałe Morze Kantabryjskie, wiecznie zielone łąki, nawadniane deszczem, i górzysty łańcuch w głębi. Krajobraz podobny do krajobrazu Tierra Fría*. Otóż zgodnie z moimi danymi ten pierwszy Cofiño — Pedro Cofiño — przybył tutaj przed dwoma wiekami, w XIX wieku. Jest to, niech się zastanowię… dziadek Waszego dziadka, to znaczy, Wasz praprapradziadek!

Nie wiem, czym się zajmował ten zacny człowiek i nie sądzę, żeby w rodzinie ktoś to wiedział, dlatego że dziadek nie lubił łazić po gałęziach drzewa genealogicznego w nadziei znalezienia kilku kropelek błękitnej krwi albo przodka spokrewnionego z którymś z królów Kastylii. Te sprawy nie miały dla niego znaczenia!

Wiem tylko, że pradziadkowie mieszkali w domu, który nazywali Domem pod Lwami**, że mieli gospodarstwo Retana i przedsiębiorstwo elektryczne w Antigui*** i że dziadek urodził się w Gwatemali kwadrans po dziesiątej w nocy 5 czerwca 1899 r. przy zaułku Luna pod numerem 9. Został ochrzczony cztery dni później, 9 czerwca, w parafii Najświętszego Sakramentu jako Ernesto Guillermo.

1899. Rozumiecie? Prawie dwa wieki temu! Dziadek był człowiekiem dziewiętnastego wieku!

Pierwsze lata swojego życia spędził w Antigui, pięknym mieście o starych, na pół zrujnowanych dworkach i świątyniach z murami nadgryzionymi zębem czasu, pokrytymi bluszczem. Tyle pozostało z owego blasku, który odszedł na zawsze wraz z trzęsieniem ziemi w 1541 roku. Czytam raz jeszcze kronikę Juana Rodrígueza, świadka katastrofy. Tytuł brzmi: „Historia straszliwego trzęsienia ziemi w Indiach Zachodnich, w mieście zwanym Gwatemala”, a treść jest następująca:

W sobotę 10 września 1541 roku o godzinie drugiej w nocy… była wielka nawała wody z wulkanu, który jest ponad Gwatemalą, i nastąpiła tak nagła… tak wielka lawina ziemi, że niosła przed sobą wodę i kamienie i drzewa, tak, że my, którzy to widzieliśmy, byliśmy zdumieni. I weszła do domu adelantado**** don Pedro de Alvarado, niech mu będzie chwała, i porwała wszystkie ściany i dachy jak leci i poniosła bardzo daleko…

Chociaż dziadek również był świadkiem wielu trzęsień ziemi w dzieciństwie, mam wrażenie, że miał szczęśliwe dzieciństwo, był swawolnym i psotnym chłopcem, który bawił się, pędząc na rowerze po alejach Antigui i zajmując się drobnymi wybrykami, pośród dziwnej ciszy…

Jednakże zanim porozmawiamy o tej ciszy, powiem Wam coś o pradziadkach. Tata dziadka, José María, urodzony w 1863 roku, założył przedsiębiorstwo elektryczne. Był „człowiekiem starej daty”, jak mawiała jego siostra, ciotka Clarita. Jego charakter oddaje portret wiszący na korytarzu, na którym pojawia się w czarnym garniturze, jedwabnej koszuli, z zegarkiem w kieszonce kamizelki — zgodnie z ówczesną modą — z muszką i wyostrzoną, spiczastą bródką. Zawsze robiła na mnie wrażenie ta surowość, to spojrzenie… Ci, którzy go znali, używają tego samego słowa: był straszny.

Takim uczyniło go życie. Potem Wam o tym opowiem. Miał nieposkromiony temperament i niezwykle silny charakter. A jego żona, prababcia Clotilde, również musiała taki mieć…

Prababcia urodziła się w 1856 roku. To ciekawe — dokładnie sto lat przede mną. Z tego, co mówią, była żywym odbiciem dzielnej niewiasty z Biblii, chociaż jej portrety, które zachowujemy, nadają jej odcień pewnej słabości. Jest taka drobniutka i wdzięczna, taka słodka, z tym wyrazem twarzy, o którym nie wiadomo, czy jest wyrazem łagodności czy smutku… Jednakże jeżeli przyjrzycie się dobrze jej postawie i dłoniom na zdjęciu, na którym pojawia się razem z dziadkiem, można w niej odkryć głęboką wewnętrzną energię. Zdecydowanie ściska dłonie swojego syna, jakby przekazując mu swoją moc i siłę.

Wiele cierpiała. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Być może tego nie rozumiecie… Pradziadkowie mieli czworo dzieci. Najstarsza była ciotka Eugenia. Potem zjawili się stryj José i stryj Ricardo, a najmłodszy był mój tata. Jednak oprócz tego mój tata miał dwie siostry: ciotkę Marukę i ciotkę Claritę, które ogromnie kochał. A prababcia Clotilde wychowywała sześcioro, w swoim własnym domu, bez różnicy, jakby wszyscy byli jej dziećmi. Miała wielkie serce!

Czasami mamy błędne wyobrażenie godności. Uważamy, że godność polega na obronie nie wiadomo jakich elementów dumy, których nie wolno się wyrzec. Myślimy: Do tego doszło! i zapominamy, że ponad wszystko jest miłość. To wielka lekcja prababci Clotilde. Umiała kochać naprawdę i dlatego umiała przebaczać.

Zanim przejdziemy dalej, kilka słów o owej epoce. W tamtym czasie prezydentem był Estrada Cabrera, adwokat z Quetzaltenango, który doszedł do władzy w 1898 roku. Z pewnością widzieliście jego portret w książkach do historii. Potężne czoło i coś złego w spojrzeniu oraz olbrzymie wąsiska, opadające na usta…

Początkowo wydawał się stosunkowo umiarkowanym prezydentem. Do chwili zamachu bombowego z 1907 roku, kiedy to odkryto, kim jest — tyranem. Niektórzy historycy doceniają jego pragnienie podniesienia poziomu edukacyjnego kraju. Inni podkreślają postępy, do jakich doszło za jego rządów jak budowa linii kolejowej do miasta Gwatemala.

Tak, były pewne postępy. Nie da się temu zaprzeczyć, ale… za jaką cenę! Potrzebowano robotników do budowy dróg? Nie było problemu. Aresztowano grupę Indian i zmuszano ich do dźwigania kamieni. Farmerzy z wybrzeża szukali robotników do zbioru kawy? Też nie było problemu! Pisali do zaprzyjaźnionego politycznego zwierzchnika Altiplano* i prosili go o dwustu lub trzystu chłopaków po tyle i tyle quetzali** za każdego.

— Nie, to za mało. Wyślę ci robotników za tyle i tyle quetzali — odpowiadał przywódca w owych listach, które zjeżdżały i wjeżdżały na grzbiecie mulic między górami a wybrzeżem.

Targowano się. A kiedy udało się dojść do porozumienia, zwierzchnik mówił: „Cena przyjęta. Przyślij liny!” Wysyłano liny, związywano tubylców i posyłano ich związanych, pieszo, drogami docierającymi na wybrzeże, jakby byli zwierzętami.

Opowiadam o czymś, co miało miejsce nie w XVI, ale na początku XX wieku. Wiem, że wydaje się to wiecznością, ale nie minęło tak wiele lat. Musi jeszcze żyć trochę dzieci tych ludzi, którzy byli traktowani jak niewolnicy.

Był to straszny czas. Kraj był pogrążony w obrzydliwej i policyjnej atmosferze. Przestraszeni ludzie żyli w sieci donosów i podejrzeń. To był powód owego dziwnego milczenia, które dziadek dostrzegał w swoim dzieciństwie. Jeśli ktoś powiedział jedno słowo za dużo, mógł to przypłacić życiem.

Estrada rządził krajem, jakby to było prywatne gospodarstwo i zorganizował tajną siatkę rządowych agentów, którzy przekazywali mu informacje o wszystkich w zamian za korzyści. Nie myślcie, że byli to tylko policjanci. Takimi agentami mogli być fałszywy przyjaciel, sąsiad, znajomy… Wszędzie były uszy i niektórzy konfidenci albo szpiedzy zyskali ponurą sławę jak „Cwaniak” albo „Facet z bródką”…

W tym świecie intryg i strachu dziadek żył aż do swojej młodości. Mówiono: „Wszyscy są coś winni prezydentowi” i Estrada drobiazgowo eliminował swoich przeciwników jednego po drugim (czasami chodziło jedynie o jego ewentualnych przeciwników). Rozkazywał otruć jednego, rozstrzelać innego, zabić kijami trzeciego. Zakazywał „najwyższym rozkazem” podróży i bez jego pozwolenia nikt nie mógł wjechać do kraju ani go opuścić. Kierował prasą: „Opublikować ten artykuł”. Kontrolował pocztę: „Skopiujcie korespondencję takiego a takiego”. Uniewinniał i skazywał kogo chciał: „pilnujcie mi tego”; „wyprowadźcie tych więźniów na godzinkę na słońce”.

Granados wspomina w swoim pamiętniku tortury uwięzionych: „Luis Echeverría Ávila (…) wiek: 16 lat, mój kolega ze szkoły (…) 200 kijów (…). Rafael Rodil, 15 lat (…) bito go po gołych nogach (…). Rodolfo Jaúregui (…) 10 lat, poniósł podobną karę”.

Klimat terroru osiągnął taki poziom, że historycy twierdzą, że w 1907 roku, kiedy dziadek skończył osiem lat, w Gwatemali nie było rodziny z wyższej klasy, która nie straciłaby ojca lub syna z powodu donosu albo próby buntu, fikcyjnej lub prawdziwej.

Nasza rodzina nie była wyjątkiem. 30 kwietnia 1907 roku nadszedł prezydencki rozkaz do domu w Antigui i pradziadek José María oraz jego brat, stryj Pedro, zostali aresztowani „z najwyższego rozkazu”.

W rok później, 23 kwietnia 1908 roku, zabrzmiała salwa: stryj Pedro został rozstrzelany razem z Ramónem Palencią na tyłach kościoła Św. Franciszka Wielkiego, gdzie jest pochowany Brat Piotr. Powiedziano, że za sprzeciw wobec rządu. Luis Cardosa, którego ojciec dzielił celę z pradziadkiem, opowiada, że zrobili losowanie kogo zabić.

Nie byli jedyni. Tego samego dnia zamordowano wiele osób w ruinach kościoła Ducha Świętego, obok topolowej alei Świętej Łucji.

Wkrótce potem uwolniono pradziadka, który w tej sytuacji postanowił udać się do miasta Gwatemala z rodziną, żeby prezydent przekonał się na własne oczy, że nie konspiruje przeciwko niemu.

W Antigui została jego matka, która umarła 22 maja 1910 roku w wieku 69 lat, w dwa lata po rozstrzelaniu jej syna. Pewnego dnia musimy pójść na cmentarz Św. Łazarza, żeby pomodlić się na jej grobie, na którym wyryto w marmurze słowa psalmu:

Postępują naprzód wśród płaczu, niosąc ziarno na zasiew; z powrotem przychodzą wśród radości, przynosząc swoje snopy.

Zapoznawajmy się dalej z historią pradziadków. Przybyli do miasta Gwatemala i kupili dom w dzielnicy Gerona, blisko Głównego Urzędu Celnego, przy końcowej stacji kolejowej. Myśleli, że im bliżej będą prezydenta — który został ponownie wybrany w 1910 roku — będą mogli lepiej się bronić przed aresztowaniem „z najwyższego rozkazu”.

Musicie wyobrazić sobie ową epokę. Gwatemala była o wiele mniejszym miastem niż obecnie. Była miastem tak małym, że człowiek o pozycji społecznej dziadka nie mógł przejść niepostrzeżenie. Zwyczajna nieobecność na uroczystości publicznej była interpretowana jako niechęć do prezydenta. Zwykle to jego prosiło się na świadka ślubu. Jeżeli ktoś tego nie uczynił, oznaczało to prowokację.

Wyobraźcie sobie, że w tunelu czasu przybywamy do Gwatemali sprzed wieku… Na Paseo de la Reforma widzimy młodych kadetów ukazujących swoje krótkie szpady paniom i panienkom, które noszą długie spódnice i chronią się od słońca białymi parasolkami. Panowie noszą meloniki, rękawiczki i plastrony*. To francuska moda. Paseo ma wyraźnie francuski charakter, dlatego że Francja jest wymarzonym krajem, państwem la grandeur, zaś Paryż — stolicą świata… Moda jest par excellence „modą paryską”, zaś budynki, które wybudował prezydent, są skopiowane z Pól Elizejskich jak Przytułek im. Joaquiny, nazwany tak na cześć jego matki albo Placówka dla Rekonwalescentów im. Estrady Cabrery.

Żyją jeszcze, niczym wspomnienie minionych czasów, stare zwyczaje hiszpańskie. Odbywają się jeszcze niekiedy walki byków, a w ostatnich drzwiach Pasażu Handlowego* są starcy, wciąż rozmawiający o wojnach karlistowskich, które miały miejsce w Hiszpanii w XIX wieku… Jest to zamknięty świat, gdzie wiele osób się zna i pozdrawia się przy spotkaniu. Przekupki pokonują wybrukowane ulice, z koszami przepełnionymi owocami z wybrzeża, pośród woźniców lando, młodych dziewczyn z błyszczącymi włosami i sprzedawczyń ciastek z miodem, które nieustannie nawołują:

— Żółte ciastka! Białe ciastka!

Taki był świat pradziadka, który chociaż nie uczestniczył w żadnej dywersyjnej akcji i chociaż przybył do Gwatemali właśnie po to, żeby tego uniknąć, ostatecznie został uwięziony i oskarżony nie wiem o co. Na nic nie przydało mu się życie bezpośrednio pod spojrzeniem prezydenta! Wszystko było możliwe w owym czasie, kiedy mordowano i torturowano na zawołanie „najwyższego rozkazu”!

Nie wiem, kiedy go uwięziono ani dokąd go zaprowadzono. Najbardziej prawdopodobne jest, że skończył w Oddziale 2 Centralnego Więzienia Karnego z więźniami politycznymi — chociaż równie dobrze mogli go zamknąć w każdym z sześciu więzień w Gwatemali — ze wskazówką „szczególnie poleconego”. To oznaczało, że strażnicy powinni traktować go brutalnie.

Są to jednakże moje przypuszczenia, dlatego że nie pytałem dziadka o więcej szczegółów związanych z tą sprawą. Wiedziałem, że jest to dla niego bardzo bolesne wspomnienie i że nie zapomina wizyt, które złożył w więzieniu jako dziecko, żeby odwiedzić swojego tatusia, wizyt, na które prezydent pozwalał jako na „szczególną łaskę”.

Pradziadek opowiadał o swoich dniach w więzieniu wiążącego sploty koca, jaki mu dali. Kiedy go zwolniono, po osiemnastu miesiącach — półtora roku smutku i bólu — zabrał koc ze sobą do domu.

Dziadek zachował ten koc, jakby to była relikwia i w ostatnich dniach życia, tuż przed śmiercią, prosił mnie o niego. Chciałem mu dać nowy koc, jednak on się nie zgadzał. Mówił, że chce koc, którym jego tata okrywał się w owych tak smutnych miesiącach, dlatego że była przesycona jego łzami…

My, istoty ludzkie, reagujemy na cierpienia w różny sposób. Jednych ból unicestwia, innych czyni zawziętymi i upartymi, twardymi jak skała. To właśnie przydarzyło się mojemu pradziadkowi. Mocą cierpienia zamienił się w człowieka z żelaza, w człowieka suchego, twardego, strasznego, w przeraźliwie wymagającego ojca, jeśli chodzi o wychowanie dzieci.

To tłumaczy, że mój tata równocześnie kochał i bał się go i że trochę oddalił się od niego w młodości, ponieważ kiedy ktoś jest młody, nie może pojąć pewnych spraw. Z upływem lat coraz lepiej rozumiał ojca, wybaczył mu jego błędy i kochał go coraz mocniej.

Swoją mamę kochał do szaleństwa. Jak mówił, była to święta niewiasta. Prababcia Clotilde była bardzo pobożna, w odróżnieniu od pradziadka, który, jak tylu innych mężczyzn z jego pokolenia, miał niedostateczną formację chrześcijańską. Wiecie już, że sytuacja Kościoła w Gwatemali była wstrząsająca i to słowo nie jest przesadzone. Od czasu rządów tak zwanych liberałów z XIX wieku zostali wygnani wszyscy arcybiskupi Gwatemali (z jednym wyjątkiem). Skonfiskowano wszystkie kościoły i klasztory i zniesiono wszystkie zakony i zgromadzenia religijne z wyjątkiem jednego — szarytek. Było bardzo niewielu kapłanów i z zasady nie pozwalano, żeby do Gwatemali przyjeżdżali zagraniczni księża.

Wiara katolicka zachowała się dzięki takim osobom jak prababcia, która przekazała ją dzieciom swoim słowem i przykładem. Codziennie, nie opuszczając ani jednego dnia, chodziła na poranną Mszę o godzinie piątej do kościoła Św. Dominika.

Ona przygotowała dziadka do Pierwszej Komunii, która odbyła się 29 czerwca 1910 roku, w święto Św. Św. Piotra i Pawła, w kaplicy Głównego Domu Sióstr Szarytek, gdzie uczestniczył w katechezie. Miał 11 lat, w owym czasie był to normalny wiek I Komunii Świętej. Na pamiątce, obok eucharystycznego obrazka, można przeczytać:

Ten, kto miłuje Jezusa,

często o Nim myśli,

o Nim mówi,

szuka Go,

dla Niego działa i pracuje.

Dziadek uczył się do matury w Centralnej Państwowej Szkole Męskiej, prestiżowej placówce, do której zapisywało się sporo uczniów, a którą niewielu kończyło. Na przykład, w 1901 roku, naukę zaczęło 220 uczniów, a szkołę ukończyło 32. Nie otrzymał żadnego rodzaju formacji religijnej, która była zabroniona w szkołach publicznych. Była to jedyna szkoła średnia w Gwatemali, ponieważ rządy liberałów, jak Wam powiedziałem, zamknęły wszystkie szkoły katolickie z epoki kolonialnej.

Szkoła zajmowała siedzibę dawnego seminarium, zrabowanego archidiecezji przez władze. Był to rodzaj akademii wojskowej, zarówno przez wzgląd na atmosferę, jak również na dyscyplinę i falę. Ideologia była bardzo prosta: prezydent uosabiał ojczyznę, będącą najwyższym ideałem.

González Villanueva pisze, że dziadek doświadczył w tej szkole „tragicznego dualizmu, który od czasów kolonialnych uniemożliwiał jedność i zespolenie narodu. Życie rodzinne i społeczne — do pewnego stopnia — to było jedno. Życie «publiczne», «oficjalne» to było coś innego. Słuchał kpin i ironicznych wypowiedzi nauczycieli przeciwko religii, najcięższych oskarżeń wymierzonych w Kościół i był świadkiem najbardziej groteskowych kpin ze wszystkiego, co w jego domu i dla niego samego było czymś najświętszym”.

Jaki był jako uczeń? Kolega z klasy, laureat nagrody Nobla Miguel Ángel Asturias wspominał go jako chłopca „groźnego i dowcipnego, wymierzającego niezrównane ciosy”. Wyobrażam go sobie w wieku czternastu lat, pełnego żywotności, śpiewającego na ulicach, na słynnych świętach Minerwy…

Zapewne słyszeliście o tych świętach, które prezydent nakazał obchodzić w ostatnią niedzielę października, na cześć bogini Mądrości, żeby nagrodzić uczniów na koniec roku. Święta trwały pełne trzy dni, z całą możliwą pompą i przepychem: alegoryczne łuki, koncerty muzyczne, wyścigi konne, przejazdy samochodów — nowość, mecze piłki nożnej — kolejna nowość i „ćwiczenia kalisteniczne i sportowe”. W nocy zaś — sztuczne ognie.

Cały kraj się zatrzymywał. Czy wyobrażacie sobie dziewięć tysięcy uczniów maszerujących aleją Estrady Cabrery? Byli ubrani w mundury wojskowe i nosili na ramieniu słynne palotines — niewielkie drewniane strzelby.

Estrada kazał wybudować świątynię Minerwy tylko na te święta. Był to gigantyczny budynek naśladujący starożytne greckie świątynie, z wielkimi kolumnami jońskimi i dekorowanym tympanonem z odniesieniami do bogini. Uczniowie przychodzili do świątyni, grali na trąbkach, panowie z szacunkiem zdejmowali kapelusze, dzieci prezentowały broń, dziewczynki śpiewały hymn narodowy, wciągano na maszt banderę i… zaczynały się przemówienia.

A kiedy kończył mówić prezydent… jakież salwy oklasków, jakież okrzyki entuzjazmu, jakież wychwalanie Zasłużonego dla Ojczyzny, Znakomitego Przywódcy, Protektora Uczącej się Młodzieży, gwatemalskiego Peryklesa! Potem następowały pieśni i zabawy w całym mieście.

Czy wyobrażacie sobie dziadka, tańczącego w takt marimby i gwiżdżącego robiące furorę pieśni jak La Flor del Café*? Być może jest Wam trudno, ale ja widzę go doskonale: tańczącego, radosnego i szczęśliwego, pośród wrzawy trwającej prawie miesiąc, ponieważ minerwalia przeciągały się w czasie, łącząc się z urodzinami Estrady pod koniec listopada.

W wieku osiemnastu lat, 10 sierpnia 1917 roku, zdał maturę. Być może planował wstąpić do Szkoły Medycyny, którą, zgodnie z moimi danymi, w sumie ukończyło w 1914 roku ośmiu lekarzy. Ta liczba mówi sama za siebie. Dyrektorem szkoły był do 1910 roku Ortega y Carrascal**, naukowa znakomitość, który po obronie doktoratu w Paryżu, prowadził głównie nauczanie szpitalne.

Jak możecie przypuszczać, przy podobnym reżimie politycznym medycyna w kraju była słabo rozwinięta i obracała się wokół Szpitala Generalnego, który Ortega y Carrascal unowocześnił, tworząc dział sterylizacji, umywalnię i salę pooperacyjną.

Nie myślcie jednak o uniwersytetach i szpitalach jak te dzisiejsze. Ani ochrona zdrowia, ani nauczanie nie dysponowały środkami materialnymi ani swobodą działania. Wszystkie wydziały: inżynieria, medycyna i farmacja, prawo i notariat były kontrolowane bezpośrednio przez prezydenta, który spowodował, że Zgromadzenie Ustawodawcze ochrzciło w 1918 roku Uniwersytet Państwowy imieniem Estrady Cabrery.

Kiedy zaś dziadek postanowił wstąpić na uniwersytet… trzęsienie ziemi zmiotło część Gwatemali podczas Świąt Bożego Narodzenia na przełomie lat 1917-1918.

W ciągu kilku chwil runęły liczne budynki, szczególnie te, które zostały zbudowane za rządów Estrady. Na domiar nieszczęścia, w cztery tygodnie później, 24 stycznia 1918 roku drugie trzęsienie ziemi zburzyło to, co jeszcze stało. Runęły wieże katedry, kościół p.w. Św. Jana Bożego i wiele ważnych zabytków jak posąg Kolumba na placu Broni.

Tysiące rodzin nie miały innego wyjścia niż zamieszkać w zaimprowizowanych obozowiskach w rejonie dzielnicy Tivoli.

Ta katastrofa zdezorganizowała ogromną pajęczynę policyjną, którą utkał prezydent, ponieważ ludzie, zjednoczeni nieszczęściem, zaczęli rozmawiać między sobą bez przeszkód. Było niemożliwością kontrolować wszystko jak przedtem.

Uniwersytet został zamknięty. Służba zdrowia otrzymała niezwykle ciężki cios. Liczne sale Szpitala Generalnego — włącznie z niedawno otwartą nową salą operacyjną — legły w ruinie. Rząd nie umiał stawić czoła sytuacji. Ludowe oburzenie narastało i przestano się bać mówić głośno. W maju 1919 roku biskup Piñol* wygłosił kilka kazań w kościele p.w. Św. Franciszka na temat korupcji, z zawoalowaną krytyką rządu. Prezydent aresztował go i w końcu wygnał z kraju, ale nic nie mogło być takie samo jak przedtem.

W ten sposób docieramy do 1919 roku, kiedy rozpoczął się decydujący etap w życiu dziadka. Miał dwadzieścia lat. Przez dwa lata nie uczestniczył w zajęciach. Miasto odbudowywano powoli, pokonując niezliczone trudności. W 1918 roku kraj cierpiał poważną epidemię grypy. Uniwersytet nadal był zamknięty. Aby nie tracić czasu, zorganizował u siebie w domu małe laboratorium i uczył się na własną rękę. Jednakże miesiące mijały i nie zanosiło się na to, że uniwersytet zostanie szybko otwarty. Dziadek znalazł się w zaułku bez wyjścia. Co mógł zrobić? Czekać jeszcze rok, dwa, trzy lata? Był to okres niepewności i zamętu.

Wyda Ci się to niewiarygodne, Paola, ale kilka lat wcześniej studia ukończyła Olimpia Altuve, pierwsza studentka w Gwatemali, i prezydent osobiście zechciał wręczyć jej dyplom. Wydawało się czymś tak nadzwyczajnym, że kobieta idzie na uniwersytet, jak to że mężczyzna studiuje za granicą, co do tamtej pory robiły tylko znamienite osobistości jak wybitny doktor Rodolfo Robles**.

Opowiadam Wam to, żebyście docenili decyzję dziadka, który… ale nie uprzedzajmy wypadków. Pewnego pięknego dnia 1919 roku doktor Arturo Gálvez Paiz, słynny lekarz, który studiował w Paryżu, powiedział pradziadkowi:

— Don José María, pański syn Ernesto jest inteligentny i pracowity. Dlaczego nie pośle go pan na studia do Francji?

I pradziadek postanowił, że jego syn będzie studiował na Sorbonie.

Obok możliwości ekonomicznych pradziadek miał różne powody, żeby podjąć taką decyzję. Jednym z nich był brak konkretnej daty ponownego otwarcia uniwersytetu. Jest też bardzo możliwe, że pragnął oddalić swojego syna od prezydenta, który coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości i okazywał oczywiste już oznaki szaleństwa.

Bez względu na przyczynę, jest faktem, że kiedy pradziadek powiedział o tym dziadkowi, ten nie uwierzył. On, w wieku dwudziestu lat, do Paryża! Nie odważył się o tym nawet marzyć! Tym bardziej, że chodziło o Sorbonę — jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie! Poza tym miał płynąć statkiem!

Nie śmiejcie się! Podróż statkiem oznaczała w owym czasie całą przygodę, a dziadek nie widział jeszcze morza. Najdłuższa podróż, jaką odbył, miała miejsceGwatmeali do Antigui, na owych wózkach ciągniętych przez mulice, i trwała siedemnaście godzin.

Przygotował walizki… I tutaj otwiera się pasjonujący rozdział jego życia, o którym opowiem już spokojnie innego dnia.

Z gorącą miłością

Tata



* Dosł. Zimna Ziemia. Określenie zachodniej Gwatemali (przyp. tłum.).

** Hiszp. Casa de los Leones (przyp. tłum.).

*** Antigua (Antigua Guatemala, La Antigua) — miasto w środkowej Gwatemali, kilkanaście kilometrów na zachód od stolicy (przyp. tłum.).

**** Wysoki funkcjonariusz w koloniach hiszpańskich (przyp. tłum.).

* Jeden z regionów Gwatemali (przyp. tłum.).

** Waluta gwatemalska (przyp. tłum.).

Kiedy kreśliłem te linijki, nie wyobrażałem sobie, że tak szybko spełni się wielowiekowy sen gwatemalskiego ludu: kanonizacja brata Piotra, który został beatyfikowany w 1980 roku i kanonizowany w lipcu 2002 roku.

* Szeroki krawat, zakrywający gors (przyp. tłum.).

* Chodzi o słynny w Gwatemali budynek zwany po hiszpańsku Portal del Comercio (przyp. tłum.).

* Kwiat kawy, walc Germána Alcántary (1863-1910), gwatemalskiego kompozytora (przyp. tłum.).

** Juan José Ortega y Carrascal (1856-1934), gwatemalski lekarz i polityk, dyrektor szpitala, dziekan Wydziału Medycyny, deputowany i ambasador (przyp. tłum.).

* José Cándido Piñol y Batres (1878-1970) (przyp. tłum.).

** Rodolfo Robles (1878-1939) — gwatemalski lekarz, naukowiec i polityk, odkrywca ślepoty rzecznej (przyp. tłum.).