Wspomnienia Macieja Stasińskiego o Ricardo Estarriolu

Ricardo Estarriol Saseras (ur. 27 lutego 1937 w Gironie, zm. 15 maja 2021 w Wiedniu) – hiszpański dziennikarz, członek Opus Dei, specjalizował się w reportażach o Europie wschodniej.

Hiszpański korespondent w Europie Środkowo-Wschodniej przez lata, kronikarz rozkładu komunizmu, zmarł 15 maja. Ze mną pozostanie jako mistrz i przyjaciel.

RICARDO ESTARRIOL, 1937-2021

Było reporterów wielu, ale takich jak Ricardo Estarriol ze świecą szukać. Łączył zawodową uczciwość z osobistą prawością, własne przekonania z otwartością, krytyczny osąd z rozumieniem uwarunkowań, przenikliwość z warsztatem. News był najważniejszy, ale tylko gdy pewny i sprawdzony.

Przez ponad pół wieku jeździł jak Europa Środkowo-Wschodnia długa i szeroka: od Moskwy, przez Warszawę, Pragę i Budapeszt, po Bukareszt, Sofię, Belgrad i Zagrzeb. Akredytowany wszędzie, ale w Moskwie, Warszawie, Pradze, Budapeszcie i Wiedniu miał ponadto biura i współpracowników.

Obrał sobie za siedzibę Wiedeń w latach 60. XX wieku, kiedy świeżo po studiach dziennikarskich, prawniczych i teologicznych jako pierwszy hiszpański korespondent postanowił śledzić świat za żelazną kurtyną.

Zaczynał w agencji Europa Press, a wkrótce przeszedł do dziennika „La Vanguardia", przez kilkadziesiąt lat jedynej hiszpańskiej gazety, która miała stałego korespondenta na wschodzie Europy. Był kronikarzem rozkładu komunizmu w wielu krajach naraz, w całym obozie sowieckim.

Wytrwale opukiwał mniej lub bardziej szczelne komunistyczne kręgi nomenklatury, w których potrafił znaleźć szczeliny, by dotrzeć do prawdy.

Wszędzie, gdzie działali dysydenci, utrzymywał z nimi znajomość: z ludźmi z Karty 77 w Czechosłowacji, z opozycjonistami w Polsce czy w Rumunii pod rządami Ceausescu.

Jego rozmówcami byli w Polsce ministrowie i partyjni przywódcy, sekretarze i generałowie, biskupi: Franciszek Macharski, Herbert Bednorz, Wiktor Skworc, Alfons Nossol, Tadeusz Pieronek i Józef Życiński. Przyjaźnił się z ks. Michałem Czajkowskim i z czołowym działaczem katolickim Stanisławem Stommą. Znał i podziwiał Jerzego Turowicza oraz środowisko „Tygodnika Powszechnego", Tadeusza Mazowieckiego i krąg „Więzi". Pisał o prawosławnych i o unitach.

Systematycznie śledził prasę oficjalną, tropiąc prawdę między wierszami, ale czytał też prasę drugiego obiegu. W latach 80., jak kilku innych dziennikarzy zagranicznych, „zrzucał się" na podziemny „Tygodnik Mazowsze". (…)

Prawicowy cwaniak się przykleja

Ricardo Estarriol miał dwie misje: reportera i świeckiego apostoła. Był żarliwym katolikiem, członkiem Opus Dei, ale nie mieszał tych porządków. W przyjaźniach był wierny i taktowny.

Kibicował polskim opozycjonistom sprzed „Solidarności" oraz za jej czasów za to, że byli wolni i „wolność ubezpieczający" – niezależnie od tego, czy byli lewicą laicką czy „katolewicą".

Czytał książkę Adama Michnika „Kościół, lewica, dialog", a pierwszy z wielu z nim wywiadów przeprowadził w 1977 r., już grubo po założeniu KOR-u. W latach 80. rozmawiał z Wałęsą i Bronisławem Geremkiem, z ukrywającym się Zbigniewem Bujakiem i Tadeuszem Jedynakiem, z Władysławem Bartoszewskim i mec. Władysławem Siłą-Nowickim.

Był politycznym liberałem i myślącym chrześcijaninem, rzecznikiem Kościoła otwartego, posoborowego, wycofanego z polityki i wolnego od pokusy dążenia do państwa wyznaniowego. Przeciwnikiem klerykalizmu oraz sojuszu ołtarza i tronu. Jana Pawła II podziwiał za chrześcijański humanizm i teologiczną głębię, czytał jego encykliki, a biskupów, którzy „mijali pismo" papieża, traktował z pobłażaniem. (…)

Dwukrotnie stanął za mną murem

Ricardo był moim szefem i mistrzem zawodu. Od niego nauczyłem się m.in. prędkiego notowania wywiadów bez użycia magnetofonu. Towarzyszyłem mu jako tłumacz i asystent przez kilkanaście lat, jeżdżąc po Polsce i Ukrainie. Niepostrzeżenie robił ze mnie dziennikarza, aż „La Vanguardia" w 1989 r. mianowała mnie swoim korespondentem. Zostaliśmy przyjaciółmi ponad światopoglądowymi różnicami, czemu wielu się dziwiło.

Dwukrotnie stanął za mną murem, choć nie musiał, a może i ryzykował wydalenie z Polski.

W pierwszych dniach stanu wojennego, dowiedziawszy się, że siedzę „na dołku" za rozpowszechnianie ulotek strajkowych w Hucie Warszawa i na Żeraniu, popędził do centrum prasowego Interpressu i akredytował mnie jako swego tłumacza.

Kilka lat potem zablefował, gdy MSZ (a raczej MSW), podejrzewając, słusznie, że przeze mnie miał kontakty z podziemną „Solidarnością", cofnął mi akredytację i zażądał zatrudnienia innego „prawomyślnego" asystenta. Zagroził, że z Madrytu zostanie wydalony korespondent PAP. To było o wiele więcej niż lojalność, której zresztą dochowywał zawsze.

W 1982 r. w Katowicach, po rozmowie z Estarriolem, bp Bednorz pokiwał głową, słysząc, że jestem jego niewierzącym asystentem, i nagabnął mnie po niemiecku: – Macht nichts, junger Man. Wissen Sie, man braucht die Gottes Gnade die kommt von oben. Und das guttes Willen von unten. Und wann die beide treffen... (Nic to, młody człowieku. Trzeba tylko łaski Bożej, która przychodzi z góry. I dobrej woli z dołu. I jak się spotkają, to już).

Albo nie starczyło mi dobrej woli, albo łaska była nie dość rychliwa, bo Ricardo Estarriol mojego nawrócenia nie doczekał, choć powtarzał mi zawsze, i zawsze taktownie, że modli się za mnie. Miał mnie za anima naturaliter christiana.

Nie umiem powiedzieć, czy zazna wiecznego odpoczynku, ale pamięć o nim zostanie ze mną, póki życia mi starczy.

Czytaj cały artykuł